wtorek, 28 marca 2017

Jak pachną powieści

Kiedy czytam książki osadzone w przeszłości, nachodzi mnie nieodparta chęć ubrania nie tylko kostiumu z epoki, ale także "włożenia" perfum, o których jest mowa na kartach powieści. Chciałabym zdobyć choćby miniaturki flakoników, w których zamknięte byłoby kilka kropel dawnych pachnideł. I ogromnie żałuję, że wiele firm zakończyło już produkcję danej linii zapachowej. Na szczęście stare domy perfumiarskie z Francji i Anglii wciąż mają w ofercie pojedyncze stare kompozycje lub wznawiają produkcję jakiś szczególnych perfum ważnych w historii. Prześledźmy sobie kilka powieści pod kątem olofaktorycznym i spróbujmy skompletować "perfumową garderobę", wzorowaną na ich bohaterkach.

"Lalka" Bolesława Prusa - perfumy Atkinsons'a
Najtrudniej śledzi się perfumy z  XIX wieku, bo naprawdę większość z nich nie jest już produkowana, a poza tym te dawne zapachy dzisiaj byłyby traktowane jak letnie niedrogie psikadła z najniższej półki. Dlaczego? Otóż dla dam z towarzystwa stosownym było używanie jedynie delikatnych perfum, najczęściej o nucie zapachowej pojedynczego kwiatu. Najbardziej złożonym pachnidłem godnym prawdziwej damy była właściwie chyba tylko woda kolońska. Poza tym kobieta ceniąca swoją reputację nie nakładała perfum na skórę, a perfumowała np. podszewkę sukni czy chusteczkę, aby zapach nie łączył się z jej skórą. W przeciwnym razie mogłaby zostać uznana za kokotę albo osobę z półświatka.
Zatem Bolesław Prus opisując zakupy przerasowanej arystokratki Izabeli Łęckiej nakazuje jej kupić perfumy bardzo nobliwego i tradycyjnego angielskiego domu perfumeryjnego Atkinsons'a. Znając skuteczność  przystojnego subiekta Mraczewskiego możemy być niemal pewni, że panna Izabela nabyła jeden czy dwa flakoniki.


 "- Gdzie jaśnie panienka rozkaże jechać? 
 - Do sklepu Wokulskiego - z nerwowym pośpiechem  odpowiedziała panna Izabela.(...) - Chcę sobie kupić paryskie    rękawiczki, kilka flakonów perfum...
 (...) rozgorączkowany Mraczewski zeskakiwał i wbiegał na drabinkę, wysuwał szuflady i wydobywał coraz nowe pudełka tłomacząc pannie Izabeli po polsku i po francusku, że nie może nosić innych rękawiczek, tylko pięć i pół, ani używać innych perfum, tylko oryginalnych Atkinsona, ani ozdabiać swego stolika innymi drobiazgami, jak paryskimi."
 

Zastanawiam się jednak, co mogłaby wybrać? Gdyby była osobą z charakterem o wielu odcieniach, jak pokazała ją pani Małgorzata Braunek, słodko-gorzką, zdolną do wyższych uczuć w stosunku do swojej rodziny, mogłaby wybrać coś eleganckiego i kobiecego, ale z ukrytym pazurkiem. Stawiałabym, że kupiła wówczas w sklepie galanteryjnym wodę English Lavender. Wedle Fragrantiki perfumy te zostały wykreowane przez Jamesa Atkinsonsa w roku 1799, ale na innej stronie znalazłam  informację, że kompozycja ukazała się w 1910 roku - może przeszła wtedy znaczącą reformulację, nabierając charakteru perfum szyprowych? Obecnie w nucie głowy pojawia się lawenda, rozmaryn i bergamotka, w nucie serca szałwia muszkatołowa, a w nutach bazowych piżmo, mech dębowy i bób tonka
 
Innym bardzo oczywistym wyborem mogłaby być klasyczna woda kolońska produkowana od 1799 roku, którą w 1878 roku po Wystawie Światowej w Paryżu nazwano Gold Medal, oczywiście od nagrody, którą zdobył dom perfumiarski Atkinsonsa. A przeciez to właśnie do Paryża na  Wystawe Światową miała jechać Izabela wraz z ojcem i Wokulskim. Nie wątpię więc że nabyłaby dla siebie takie modne pachnidło z gatunku hesperydowych. W nutach głowy mamy kalabryjska bergamotkę, sycylijską cytrynę i słodka pomarańczę, w nucie serca rozmaryn, marokańską różę, olejek neroli z Sycylii, a w nucie bazy ponownie pomarańczę i olejek petitgrain.
To już byłaby jednak zupełnie inna Izabela, prostolinijna, pewna siebie, zarozumiała i interesowna. Rozpieszczona do granic możliwości piękna jedynaczka. Osoba tak naprawdę bez własnej duszy, żyjąca tym co modne i przyjęte w jej sferze. Wybierająca więc perfumy modne i w pewien sposób bezpieczne.Taką Izabelę, wydaje mi się, że dość bliską literackiemu pierwowzorowi, sportretowała pani Beata Tyszkiewicz, sama mająca wszak arystokratyczne pochodzenie i  pewnego rodzaju spokój wewnętrzny we krwi. Ja w każdym razie lubię kreacje aktorskie obu pań i obie Izabele do mnie przemawiają. Myślę, że również obydwa flakoniki tych tradycyjnych perfum mogłyby  zagościć na naszych toaletkach, zwłaszcza jeśli ktoś zajmuje się  odtwórstwem historycznym XIX wieku lub kostiumingiem. English Lavender i Gold Medal nie są już niestety produkowane przez samego Atkinsonsa, ale dzięki odkupionej od niego recepturze bogacą się obecnie Włosi.


"Dzikuska" Irena Zarzycka - perfumy Coty

A może macie ochotę na zapach belle epoque i dwudziestolecia międzywojennego? Proszę bardzo! Przenieśmy się w czasie przy pomocy powieści bardzo naiwnej i romansowej, raczej z gatunku dla bardzo młodych panienek, nawet grafomańskiej. Sama autorka Irena Zarzycka po latach tłumaczyła się z zażenowaniem, że "Dzikuska" była jej pierwszą, młodzieńczą jeszcze powieścią.Nie lepsze recenzje zebrał nakręcony w 1928 roku na jej podstawie film(niestety nie zachowany do dzisiaj), przy którym krytykom filmowym skończyła się cierpliwość do wiecznie raczkującego kina polskiego. W efekcie pod presją producentów filmowych przez dwa kolejne lata w prasie nie ukazała się żadna recenzja filmowa! Ad rem jednak - bogaty młodzian Janusz Ziemski tak opisuje z zachwytem główna bohaterkę:

"A teraz weźmy Itę. Gdy szliśmy w dość licznem towarzystwie na Paraszkę, ujrzałem ja pierwszy raz. Była boso, w króciutkiej lichej sukienczynie, z wiankiem na włosach, które dotąd nie wiedzą, co to papiloty i rurki. A jakże była urocza... Ona nie potrzebuje zlewać się wonnościami, bo i tak pachnie lasem i łąką... a mnie już te wszystkie l'Origany zbrzydły."

Mowa tutaj o zapachu L`Origan, wykreowanym przez Francois Coty'ego w 1905 roku, wydanymi ponownie w latach 80. Nutami głowy są bergamotka, pomarańcza, kolendra, pieprz i brzoskwinia; nutami serca są gałka muszkatołowa, przyprawy, jaśmin, fiołek, róża, ylang-ylang i kwiat afrykańskiej pomarańczy; nutami bazy są benzoes, cedr virginia, kadzidło, piżmo, drzewo sandałowe, wanilia, cywet i kumaryna. Bardzo złożone, reklamowane jako perfumy korzenne, orientalne, a dzisiaj klasyfikowane nawet jako perfumy z rodziny gourmand. Takie bogactwo w malej butelce!

Kto więc miałby używać tych bogatych w treść perfum? Jest to tylko sugestia, ale jak dla mnie to oczywiście lokalna belle femme, Janeczka Rosowska (w tej roli wystąpiła Alicja Borg), córka bogatego właściciela tartaku, która w zasadzie to lubi tylko być adorowana przez bogatych młodych ludzi i piłować paznokcie. Poluje jednak nie tylko na bogatego baronka Ziemskiego, ale też na przystojnego młodego malarza Witolda, ignorując z zapałem fakt, że obu panom podoba się młodziutka, niezmanierowana "dzika dziewczyna", Ita Kruszewska. Chociaż bogatą z domu, Janeczkę nie byłoby stać jeszcze na perfumy od Chanel, ale Coty powinien jej w zupełności wystarczyć. Korzenne perfumy mogłyby dodać samej Janeczce nieco tajemniczości i pikanterii, ale Janusz Ziemski z przekąsem mówi, że takiej "cielęciny" nie polubi, nawet z papryką.


"Mistrz i Małgorzata" Michaila Bułhakowa - Guerlain, Chanel, Caron
Pozostańmy jeszcze przez chwilę w dwudziestoleciu międzywojennym,w porewolucyjnej Rosji
"-A teraz, skorośmy spławili już tego nudziarza, otwórzmy magazyn dla pań! 
I natychmiast deski sceny pokryły perskie dywany, pojawiły się olbrzymie lustra oświetlone po bokach zielonkawymi rurkami, między lustrami zaś witryny, w których mile oszołomieni widzowie zobaczyli paryskie sukienki najróżniejszych kolorów i fasonów.(...)Pomiędzy pantofelkami pojawiły się perfumy w etui(...) Ruda pannica w czarnej wieczorowej toalecie(...) uśmiechała się obok tych witryn zachęcającym uśmiechem właścicielki.(...)Pannica grajsejując, odśpiewała słodko, aczkolwiek z chrypką w głosie, coś zupełnie niezrozumiałego,ale sądząc po twarzach kobiet na widowni, musiało to być coś nader nęcącego:
-Guerlain, Mitsouko, Narcisse Noir, Chanel numer pięć, suknie wieczorowe, suknie koktajlowe..."

Tak spragnione paryskich pachnideł i pięknych toalet mieszkanki Moskwy wabi ruda Hella w "Mistrzu i Małgorzacie". Zajmijmy się więc perfumami wymienionymi z nazwy, które tak pobudziły wyobraźnię biednych ofiar bolszewickiego przewrotu.


Dom perfumeryjny Caron wypuścił orientalno-kwiatowe perfumy Narcisse Noir w 1911 roku w dwóch wersjach - jako wodę toaletową i perfumy (ekstrakt), ale dzisiaj produkowany jest tylko ekstrakt. Nutami głowy są kwiat afrykańskiej pomarańczy i narcyz; nutami serca są jaśmin, pomarańcza i esencja różana; nutami bazy są wetyweria, piżmo i drzewo sandałowe. Ponoć bardzo wyczuwalne są w nich składniki odzwierzęce oraz kwiatowe. Ponadto perfumy mają ekstremalną trwałość. Wyobrażam sobie, że woń tych perfudm mogłaby spowijać Małgorzatę w roli gospodyni balu u Wolanda.


Mitsouko Extract marki Guerlain były przez długie lata  (nawet po drugiej wojnie!) ekstremalnie popularnymi perfumami, pomimo że zostały stworzone w 1919 roku. Zapach określany jest jako szyprowo - owocowy, chociaż w składzie mamy mnóstwo woni kwiatowych. Nutami głowy są cytrusy, jaśmin, bergamotka i róża; nutami serca są bez, brzoskwinia, jaśmin, ylang-ylang i róża; nutami bazy są przyprawy, ambra, cynamon, wetyweria i mech dębowy. Przez lata mocno zmienił się flakonik, ale aktualnie jest bardzo dekoracyjny, na pewno ozdobi damską toaletkę. Może to byłby konwencjonalny zapach dla Małgorzaty, przechadzającej się z bukietem żółtych wiosennych kwiatów? 



Chanel N°5 na pewno nie trzeba przedstawiać i  trudno powiedzieć o nich coś nowego. W latach 30, w kórych toczy się akcja "Mistrza i Małgorzaty" nie miały jednak jeszcze statusu kultowych, chociaż w sposób nowatorski wykorzystano w nich syntetyczne aldehydy. Zostały wykreowane w 1921 roku, a w latach 60, kiedy powieść została napisana były już zdecydowanie sławne. Nutami głowy są aldehydy, neroli, ylang-ylang, bergamotka i cytryna; nutami serca są irys, korzeń irysa, jaśmin, konwalia i róża; nutami bazy są ambra, drzewo sandałowe, paczula, piżmo, cywet, wanilia, mech dębowy i wetyweria. Bardzo ciekawe są natomiast modyfikacje samego flakonu perfum, ewoluującego z kształtu piersiówki w kierunku słoja aptecznego.



Błękitna krew M. Samozwaniec - perfumy Yardleya

Muszę przyznać, że na tą książkę zasadzałam się od dawna i choć uśmiałam się jak zwykle przy prozie Magdaleny Samozwaniec, chwilami był to śmiech bardzo gorzki. Może napiszę kiedyś recenzję tej powieści, ale dzisiaj będzie o perfumach, które się w niej pojawiają:
Bez przygód wrócił do Krakowa(...) Pogwizdując wesoło, wtaszczył motocykl na drugie piętro i zaczął rozpakowywać swoje skarby. Miał ochotę włożyć piękne nowe buty. Zastanowił się jednak, że lepiej tego nie robić. Może na mieście spotkać kogoś z Rajewa, który spojrzy mu na...nogi (...) Oczyścił z kurzu swój mundurek, umył się, ogolił, pokropił włosy wodą lawendową Yardleya i schludny, apetyczny, wyszedł na miasto."
Fragment ten dotyczy młodego eleganta, hrabiego Szczęsnego Blazewicza, zwanego w towarzystwie Szczenisiem, czarnego charakteru w tejże powieści, który nabiera naiwne krakowianki na kupiony z demobilu mundur polskiego żołnierza z Zachodu. Mamy już lata powojenne, rodziny ziemiańskie straciły na znaczeniu i biorą się do pracy albo szabru jak reszta społeczeństwa, ale usiłują jeszcze zachować resztki klasycznej elegancji. Pochodząca zapewne jeszcze z przedwojennych zapasów angielska woda lawendowa budzi nostalgię za dawnymi dobrymi czasami.

Jest to tak naprawdę pachnidło stworzone z przeznaczeniem dla kobiet, ale byc może kiedyś było traktowane jako uniseks, reprezentując rodzinę perfum aromatyczno-fougere (wskazuje na to choćby brylantyna dla panów z oferty Yardleya, która też pachnie lawendą). Zostały wykreowane w 1913 roku, a nutami głowy są rozmaryn, eukaliptus, lawenda i bergamotka; nutami serca są szałwia muszkatołowa, cedr i geranium; nutami bazy są bób tonka, piżmo i mech dębowy. S jeszcze w dalszym ciągu produkowane przez Yardleya, ale pod nazwą Original English Lavender, jako że jest też współczesna wersja wody English Lavender, stworzona w 2015 roku.

Ach, wyprawa do świata literatury wielkiej i małej jest naprawde ekscytująca, a jeśli do tego dodamy jeszcze podróż przez świat zapachów,.... Tyle inspiracji, tyle ciekawych zakamarków do zwiedzania!
Znacie jeszcze jakies inne "pachnace" powieści?

środa, 15 marca 2017

O poszukiwaniu swoich perfum

Czy wiosną też nabieracie ochoty, aby czuć się na co dzień kobietą elegancką, może jeszcze nie "jak milion dolarów", ale choćby "skromne" 300.000 ... Na wskroś przesiąkłam cytowanymi do oporu poglądami Coco Chanel, że kobieta nie używająca perfum jest kobietą bez przyszłości. Mniej mi się podoba stwierdzenie, że wzorem szykownych paryżanek jeszcze przed trzydziestką powinnam wybrać "swój" zapach i następnie używać ich non stop przez kolejnych 30 lat. Poniekąd tak było - każdy flakonik miał być tym "moim", jednak po wylaniu ostatniej kropli stwierdzałam, że ten zapach już mnie nie określa i trzeba go zmienić. Ponieważ mam ochotę na podkreślanie mojej kobiecości, czas też na nowe perfumy.
Zapraszam dzisiaj na małą podróż sentymentalną po zapachach, które były "moimi", ale nie przetrwały próby czasu - także dosłownie, bo większość z nich została już w ogóle wycofana z oferty w perfumeriach.

Fleur du Lac (EDT Coty 1942 r.)
Zaskakującym jest nawet dla mnie, że pierwsze perfumy kupiłam sobie dopiero na studniówkę, może jednak dlatego, że w latach 90 perfumy dopiero przebijały się na rynku i wyboru były (na moją kieszeń) albo oklepane zapachy Coty typu Chanson d'Eau, Exclamation czy Vanilla Fields albo jakieś "no name" rodzimej produkcji. A ja chciałam się  odciąć od mainstreamu. Te studniówkowy zapach był absolutnym niewypałem i szybko wyparłam go z pamięci, a pierwszymi moimi zapamiętanymi perfumami były Fleur du Lac. W latach 90 Coty wznowiła produkcję tych perfum, wymyślonych - bagatela - w 1942 roku! Wszystko w nich było wspaniale - i niewielka pojemność, dzięki czemu flakonik (fakt, niezbyt elegancki) mieścił się w torebce, niewygórowana cena i całkiem przyjemny zapach, który jednak rozwiał mi się w pamięci. 
 
Na pewno były zielone, świeże i nieinwazyjne, a portal Fragrantica podpowiada, że w nucie bazowej pojawiała się wanilia. Nie zdążyłam jednak nawet pomyśleć o drugiej buteleczce, bo został wycofany. Z tej samej serii niejako pochodziły też perfumy Extreme Orient, bardzo mocno waniliowe, których też nie zdążyłam zakupić. W głębi duszy wciąż tęsknię za ich słodkim zapachem i myślę, że mógł być takimi pierwszymi "imprezowymi" perfumami. Tej słodyczy chyba w dalszym ciągu szukam w wieczorowych i zimowych perfumach.

I by Ex'clama'tion (EDT Coty 1998 r.)
Za studenckich moimi długo używanymi perfumami był I by ex'cla·ma'tion, kupione pod wpływem... reklamy. Urocza dziewczyna nie została wpuszczona przez ochroniarza do ekskluzywnej restauracji za zbyt casualowy strój i dzięki odrobinie sprytu i kilku kroplom tej wody toaletowej błyskawicznie transformowała się w elegancką młodą kobietę, a przy stoliku czekał już całkiem przystojny mężczyzna. Ha! Z elegancją to te perfumy niewiele miały wspólnego - były kwiatowo-owocowe, ale zielone, lodowato zimne i dość ostre, tak że choć podobały mi się na początku, pod koniec buteleczki chciałam je jak najszybciej wykończyć. Skomponowane były jednak z nut zapachowych, które odnajdywałam później w kolejnych perfumach, m.in. maliny, czarnej porzeczki, jabłka, śliwki, melona, passiflory, tangerynki, osmantusa,  kwiatu pomarańczy, konwalii, frezji, jaśminu i róży oraz wanilii.
 
Wink  (EDT Avon 2004)
W pewnym momencie w moim otoczeniu pojawiły się koleżanki - konsultantki i zaczęła się parada próbek perfum z katalogu, ale ten wybrałam sama i nie żałowałam ani chwili, że go mam. Jak na tamten czas perfumy idealnie mnie określały - były owocowo-kwiatowe, radosne i świeże. Dzięki tej wodzie toaletowej zaczęłam pomaleńku rozróżniać nuty zapachowe i szczególnie upodobałam sobie porzeczkę i maliny, frezję i drewno sandałowe, a w składzie była jeszcze żurawina, grejpfrut, jaśmin, lotos, róża, lilia woda i jakieś tam jeszcze inne nuty drzewne. Używałam ich o każdej porze. Polubiłam także ten tęczowy flakonik, choć jego graniasty kształt nie ułatwiał używania. Jednak po zużyciu dwóch buteleczek zauważyłam, że to jednak nie będzie zapach na całe życie, po prostu przestał mnie określać, tak jakbym z niego wyrosła.

Mexx Woman (EDT Mexx 2000)
Skoro wyrosłam z  bardzo owocowych, musujących zapachów, próbowałam znaleźć coś bardziej kobiecego. Czytałam o perfumach, trochę testowałam je w perfumeriach. Mexx Woman miał być odpowiedzią na moje potrzeby - woda toaletowa pachnąca nie tylko bergamotką, cytryną, porzeczką, ale także jaśminem, konwalią, różą, a w nucie bazowej drewnem sandałowym, cedrem i bursztynem. Niby takie nuty, jakie mi się podobają, a jednak  perfumy okazały się niewypałem. Nie współgrały ze mną i pomimo obiektywnie dobrej i ładnej kompozycji (wciąż są produkowane!) nie polubiliśmy się. To były chyba pierwsze perfumy, które bez żalu oddalam innej osobie.

Freya (EDT Oriflame 2002)
Szukając w dalszym ciągu czegoś kobiecego i "dorosłego", zdecydowałam się na Freyę. Oczywiście najbardziej czarującym elementem był unikalny flakonik, choć niestety nieco oszpecony przez użycie plastiku w zatyczce, ale na mój wybór na pewno miały wpływ rozwijające się zainteresowanie odtwórstwem historycznym i... wstyd przyznać, ale znów modelka reklamująca zapach w katalogu, obdarzona wspaniałą burzą kręconych włosów. Całość przekazu obiecywała wolność i pewność siebie. Mimo wszystko nie kupowałam w ciemno, próbka perfum pachniała na skórze bardzo obiecująco. to był udany zapach, skomponowany z cytrusów, nut morskich i zielonych, dzikich kwiatów, konwalii, róży, imbiru, paczuli, cedru i drzewa sandałowego. Ostatecznie jednak nie został "moim" zapachem, także dlatego, że używała go współlokatorka, ale wciąż przeszkadzało mi w nim kilka nut, myślę, że to mógł być imbir albo paczuli.  Przypuszczam, że byłam też za smarkata na ten zapach, możliwe że był komponowany z myślą o nieco starszej kobiecie. Ciekawe, czy dzisiaj by mi się jeszcze podobał?

I'mPerfect (EDT Avon 2004)
Skoro nie wyszły mi poszukiwania zapachu bardziej kobiecego, zaszalałam i zaczęłam używać zapachu uniseks. W zamyśle miał być to zapach męski, ale gdy przypadkiem powąchałam I'mPerfect, uznałam, że będzie to świetny zapach do pracy, podkreślający pewne cenione w moim zawodzie "męskie" cechy. Bardzo zabawnie było mówić, że używam właściwie męskiego zapachu, można było przekornie spierać się na temat mojej "chłopczycowatości".  To było bardzo udane połączenie cytrusów i białej herbaty, w nutach bazowych pojawiały się nuty drzewne. Bardzo młodzieńczy, radosny, energetyczny. Do tego zabawny, krzywy flakonik. Poprzestałam jednak na jednej, aż 100 ml buteleczce - zapach tak bardzo zaczął mi się kojarzyć z miejscem pracy (nieszczególnie przyjemnym, jak można się domyślić), że zmieniając robotę, nie zabrałam ze sobą tego zapachu, aby uwolnić się od wspomnień. Wciąż podchodzę jednak do niego z sentymentem i w pełni uznaję, że był "mój", choćby przez krótką chwilę.

Fraicheur Vegetale Verveine (EDC Yves Rocher 2003)

Nie samą jednak pracą człowiek żyje,  a dopóki jesteśmy młodzi mamy jeszcze czas i ochotę na hobby.  Moim jest taniec i potrzebowałam też lekkiego, niezobowiązującego zapachu dla odświeżenia się po wyczerpującym treningu, aby dobrnąć jakoś do prysznica w domu. Wybrałam więc wodę odświeżającą o zapachu werbeny, ale wśród nut zapachowych znalazła się także cytryna, wiciokrzew i piżmo. Co ciekawe, zapach był określany jako uniseks. Był świetny na lato, lekki i odświeżający. Jako zapach użytkowo-sportowy sprawdzał się idealnie. Jednak ostatecznie zrezygnowałam nawet z niego - była to właściwie woda kolońska, nie typowe perfumy. Były zbyt mało skomplikowane, żeby nosić je jako trwały, ponadczasowy i kobiecy zapach.


Comme une evidence (EDP Yves Rocher 2003)
W końcu podjęłam kolejną próbę znalezienia perfum odpowiednio "dorosłych" i kobiecych, trochę bardziej szykownych niż do tej pory. Znów czytałam, szukałam i wąchałam. Pod wpływem opisów zdecydowałam się na szyprowo - kwiatowe Comme une Evidence. Bardzo udana kompozycja rabarbaru, liści fiołka, konwalii, róży, paczuli, piżma i mchu dębowego. Pachniała nieźle, zbierałam komplementy za ładny zapach i cieszyłam się z posiadania takiego eleganckiego, współczesnego flakonika. A jednak zawsze mnie w nich denerwowała jedna nuta zapachowa, dzięki której uważałam, że zapach nie w pełni mnie określa. Dzisiaj myślę, że mogła to być paczula, jak we Freyi. Pożegnałam się więc z tymi perfumami, choć nie wykluczam, że się ponownie kiedyś spotkamy.


Halle (Halle Berry/ Coty 2009)
O tych perfumach zadecydował przypadek, bo z zasady nie jestem zwolenniczką kupowania perfum celebryckich (na dobrą sprawę nie wiedziałam nawet w czymże ta Halle Berry jako aktorka zagrała - ot, luki w wykształceniu filmoznawczym). Dostałam jednak kiedyś w prezencie dezodorant tej marki i po początkowych oporach, związanych z ogromną słodyczą  tych perfum, zakupiłam w końcu własny flakonik wody toaletowej. Bardzo, bardzo się polubiłyśmy, chociaż po drodze nam było w zimie, a w lecie tylko w minimalnych ilościach albo w zimne dni. Używałam ich zawsze wtedy, kiedy chciałam się wewnętrznie ogrzać, znaleźć punkt oparcia w trudnym dniu, trochę przytulności w niesprzyjających warunkach. Perfumy są określane jako orientalno-drzewne, chociaż wydawało mi się, że składają się głównie z karmelu i może jeszcze gruszki.  A tymczasem w nucie głowy mamy liść figi, bergamotkę i kwiat gruszy; w nucie serca  mimozę, hibiskus i frezję; a jako baza piżmo kaszmirowe, drzewo sandałowe, ambrę, drewno z morza i olibanum.I pewnie zostałyby ze mną na dłużej, gdyby nie to, że zaprzestano ich produkcji.

Pani Walewska Sweet Romance (EDT Miraculum 2015)
Te perfumy kupiłam sobie w nagrodę za zdany egzamin. Wybrałam je z ciekawości, bo wcześniej miałam w domu perfumy  Pani Walewska White i Noir (które nie do końca spełniły moje oczekiwania), a Sweet Romance miałam okazję przelotnie powąchać i spodobały mi się. Są to perfumy kwiatowo - owocowe, oparte na nucie mandarynki, pomarańczy, grejpfruta i gruszki;  w nucie serca wybrzmiewają orchidea, jaśmin i brzoskwinia; a jako bazę mamy drzewo sandałowe, bób tonka, wanilię i migdał. Pachną pięknie, uroczo, delikatnie i na pewno są ciekawszym zapachem niż niejeden popularny lekki i słodki zapach w podobnej cenie. Dobry na wczesną wiosnę i na lato, chociaż mam wrażenie, że to właśnie niższe temperatury ujawniają jego potencjał. Do tego ten oldskulowy, ale wciąż fajny flakonik. Mam jednak wrażenie, że na mnie ten zapach w ogóle się nie trzyma, chociaż nadgarstki wciąż pachną mi po 3-4 godzinach, bardzo jednak delikatnie. Jednym słowem ogona nie doprawia. Nadaje się więc na dzień, używam go do pracy, aby perfumy nie zdominowały moich relacji zawodowych albo na umawiając się na kawę z przyjaciółką, aby nie wywołać zazdrości jakimś  modnym,  dobrym zapachem. Myślę jednak, że są to perfumy dla młodej dziewczyny, nawet dla nastolatki, chociaż jest bardziej kwiatowy niż owocowy. Taki jak pierwsza szkolna miłość - będę go miło wspominać, ale nasz romans wkrótce się zakończy.

Mam teraz ochotę na nowe perfumy, złożone, piękne i nieoczywiste. Takie które będą pasować do mojego nastroju i różnych sytuacji życiowych. Inne do pracy, inne na wieczór, w sytuacjach prywatnych i intymnych. Zapadłam na "chorobę perfumową" - mam ochotę czytać tylko o nich, przynosić do domu codziennie nowe flakoniki i... testować, testować, testować!  Nie ufać w pełni recenzjom, opisom producenta, reklamom. To wszystko są cudze wizje, nie moje. Wiem mniej więcej co mi się podoba, co nie współgra z moją skórą, ale też wreszcie jestem otwarta na nowe nuty zapachowe. Bo perfumy powinny podkreślać osobowość - zatem trzeba ją najpierw ukształtować.Taka perfumowa sentymentalna podróż uświadomiła mi, ile czasu i doświadczeń potrzeba było, aby stworzyć moje dzisiejsze "ja".

Może Wy też skusicie się na taki powrót do perfumowych korzeni? Jak Wy wybierałyście perfumy? Lubicie jeden konkretny zapach, czy zmieniacie je "co sezon"? I może zaproponujecie mi coś ciekawego do powąchania?

czwartek, 2 marca 2017

Jak dbały o włosy damy epoki romantyzmu


Drogie panie, czy zastanawiałyście się czasem, skąd nagle wziął się owczy pęd do włosomaniactwa? Dlaczego nagle mamy cudowny wysyp porad co do metod pielęgnacji naszych  loczków? Czy to coś nowego, jakieś przełomowe odkrycia naukowe czy empiryczne?  Otóż nie, skądże znowu. "Sekretne" porady jak dbać o włosy były już od dawna w powszechnym obiegu. Wydawcy poradników w XIX wieku jak współczesne włosowe blogerki - włosomaniaczki też czerpali zyski z publikacji książek na temat pielęgnacji urody, gdzie troska o włosy była stawiana na pierwszym miejscu. 
W ostatnim czasie trafiłam  na dwie szczególne publikacje, zainspirowały mnie do stworzenia tegoż eseju. Najpierw Porcelana napisała  o wiktoriańskich sposobach dbania o włosy we współczesnych warunkach domowych i podczas wyjazdów rekonstrukcyjnych. Szalenie przydatne kompendium, no i miło popatrzyć na tak zadbane naturalne długie włosy. Z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg, zwłaszcza przepis na Eau de Portugal! Niemal równocześnie dzięki innym rekonstruktorkom natrafiłam na serwis Polona, gdzie znajdziecie prawdziwą kopalnię skanów różnych XIX poloników. Wśród nich także "Przewodnik dla dam czyli rady dla płci pięknej" z 1842 roku i następnie niemal identyczny poradnik tłumaczony z z francuskiego "Manualik damski czyli sposób odbywania paryzkiej gotowalni obejmujący najpewniejsze a nieszkodzące sposoby zachowania piękności, naprawienia wad natury bez nadwerężania zdrowia, sztukę ubierania się przyzwoicie we wszelkich okolicznościach i sposób podobania się" z 1848 roku. Przepadłam na cały wieczór!
Królowa Wiktoria w 1842 roku
To był czas, kiedy w najlepsze kwitł romans Delfiny Potockiej z Zygmuntem Krasińskim,a ojciec już mu układał małżeństwo z Elizą Branicką (więcej na ten temat),  nieźle się miał związek Fryderyka Chopina z George Sand, Słowacki z Mickiewiczem współzawodniczyli na paryskich salonach. Brytyjska królowa Wiktoria jako pierwszy władca europejski odbyła przejażdżkę koleją (w Anglii naturalnie!) i wybrała się na wycieczkę do Szkocji. Panie nosiły fryzury z puklami loków opadającymi wzdłuż twarzy i węzeł włosów na czubku głowy. Wyglądały na istoty delikatne, kruche i obdarzone zniewalającym urokiem.
Zabawnym jest, że autorzy dedykowali ten poradnik cnotliwym żonom, wychodząc z założenia, że w ich przypadku dbanie o urodę to konieczność, której efekty mają uprzyjemnić życie ich mężom (bo wiadomo że kobiety po ślubie zwykle się zaniedbują). W przypadku panien dbałość o urodę i chęć podobania się mężczyznom może być oznaką próżności... Ale poradnik przeznaczony był dla szerokiego kręgu kobiet, jest w nim mowa także o paniach które samodzielnie doglądają gospodarstwa domowego, nawet jeśli od najcięższych prac mają służące.
Porównajmy sobie zatem, jakie sposoby zalecano naszym pra.......babkom, a jakie stosujemy dzisiaj. 

Czystość przede wszystkim
Fryzury i przybrania głowy z 1842 roku

Dzisiaj normą jest, że myjemy włosy tak często, jak to jest potrzebne, nawet codziennie. W połowie XIX wieku nie było inaczej, królowało przekonanie, że piękne włosy muszą być przede wszystkim czyste.
Wprawdzie poradniki nie dawały zaleceń, jak często należy włosy myć, ale mówiły wprost, że nawet normalne włosy należało w lecie, kiedy skóra bardziej się poci myć dwa razy częściej niż w innych porach roku.

Tłuste włosy należało myć często mydłem barskim (doczytałam, że to był rodzaj mydła szarego, czyli miękkiego potasowego), zalecano także przemywanie samej skóry wodą z rozpuszczonym mydłem i następnie szczotkowanie pasm. W celu zmniejszenia przetłuszczenia proponowano wcierać w skórę głowy surowe żółtko (nie ma mowy o spłukiwaniu!), a następnie szczotkować włosy.
.
Czesanie i szczotkowanie

Dzisiaj czesanie i szczotkowanie włosów znów wróciło do łask, chociaż  bardzo zwraca się uwagę na rozstaw zębów i jakość szczotek i grzebieni.  W XIX wieku czesanie było podstawowym zabiegiem higienicznym, który do pewnego stopnia zastępował mycie głowy, pomagając pozbyć się brudu i cząsteczek kurzu. Ale poradnikowe zalecenia bardzo przypominają te współczesne: zacząć należy od rozczesania włosów grzebieniem z szeroko rozstawionymi zębami, gęste włosy dzielić na pasma, następnie w zależności od rodzaju włosów czesać się grzebieniem gęstym (zwłaszcza włosy tłuste, włosy suche zalecano czesać rzadziej), a na koniec wyszczotkować włosy miękką szczotką  (normalnym było wówczas, że są zrobione z naturalnej szczeciny zwierzęcej). Podkreślano wagę codziennego czesania się, zalecano je nawet podczas leżenia w łóżku z powodu choroby. Ponadto istotne było częste czyszczenie szczotek i grzebieni, aby nie brudzić wtórnie włosów i nie przenosić na nie dodatkowego sebum. Zalecano także wycieranie włosów z kurzu przy pomocy materiału i osłanianie ich przed dymem z pieców i kominków.
 
Unikanie uszkodzeń mechanicznych
Na pewno słyszałyście, że włosy należy związywać miękką gumką frotte, nie powinna mieć żadnych ostrych i metalowych elementów, ponadto włosy nie powinny być zbyt mocno ściśnięte. Wiele dziewczyn okazjonalnie jedynie używa lokówek i prostownic, żeby nie przesuszyć włosów, z tego samego powodu unika też kosmetyków z alkoholem. I splata włosy w warkocz albo upina koczek na noc, aby się nie splątały.  Normą jest też podcinanie końcówek.
I w tym względzie niewiele się zmieniło, tylko technika poszła do przodu. Poradniki nakazywały nieściskanie włosów sznurkiem i unikanie w ogóle sznureczków wełnianych, aby nie połamać mechanicznie włosów. Na noc zaplatało się włosy w luźny warkocz i przykrywało głowę płóciennym czepkiem nocnym (aby osłonić głowę przez przeciągami, zapobiec zabrudzeniu pościeli i... przeciwdziałać swędzeniu głowy). Na czarnej liście środków do pielęgnacji włosów znajdował się spirytus, woda kolońska i woda lawendowa, doskonale sobie zdawano sprawę z tego, że alkohol wysusza zarówno włosy, jak i skórę, ponadto wskazywano, że przesuszenie może nasilić wypadanie włosów. Zalecano unikania układania loków przy pomocy żelazka do włosów (czyli metalowych szczypców, które rozgrzewało się w piecyku, taki pierwowzór dzisiejszej lokówki), bo to także wysuszało włosy, a równocześnie wskazywano, że tapirowanie nie tylko plącze włosy, ale na dłuższą metę pozbawia je także połysku. Największe zaskoczenie jednak to zalecenie podcinania końcówek, żeby uniknąć ich niepotrzebnego przerzedzenia, rozdwajania i utraty pigmentu! Już wtedy!

Wypadanie włosów i przyspieszenie ich wzrostu

Toniki do włosów pojawiły się dopiero pół wieku później
Dzisiaj kiedy zaczynają nam garściami wypadać włosy idziemy do trychologa, zmieniamy dietę, łykamy witaminy, stosujemy wcierki. Wiemy też, że przyczyny wypadania mogą być różne, od hormonów przez stres, łojotok po słabe odżywianie. A co myślano na ten temat w XIX wieku? Nadmierne wypadanie włosów miało powodować m.in. przechodzenie długotrwałych chorób, nadużywanie alkoholu, prowadzenie nieregularnego trybu życia i przebywanie w zadymionych pomieszczeniach. Niestety nasze szanowne prababki miały tylko jedną metodę na wypadanie włosów - obcięcie ich na krótko, a nawet ogolenie na zero.  Po drastycznym obcięciu ich przychodziła pora na ich hodowanie na nowo. Myślicie, że zalecano picie drożdży, naparów ze  skrzypu i pokrzywy, nacieranie olejem rycynowym? A gdzie tam! Były tylko trzy metody na odbudowanie włosów: osłanianie włosów czepkiem, bo powietrze miało im szkodzić (sic!), nacieranie skóry głowy roztworem wody z mydłem, zmieszanym ze spirytusem albo nacieranie skalpu olejkiem przyspieszającym wzrost, składającym się z mieszaniny oliwy z oliwek ze spirytusem rozmarynowym oraz olejkiem muszkatołowym. Podawano, że włosy odrosną szybko do długości ok. 30 cm, a później ich wzrost jest już wolniejszy. Paradoksalnie te specyfiki mogły zadziałać na włosy metodą zwiększenia przekrwienia skóry głowy, co powodowało zwiększony dopływ substancji odżywczych z krwi do skóry i cebulek włosowych.

Olejowanie i odżywianie
Huille antique firmy Bully
która produkuje kosmetyki od 1803 r.
Dzisiaj dużo się mówi o doborze odpowiedniego kosmetyku pielęgnacyjnego do rodzaju włosów, propaguje olejowanie jako niezawodny środek na przywrócenie sprężystości i połysku. Myślałam, że w starych poradnikach będą nie wiadomo jakie przepisy na domowe odżywki, a tu niespodzianka - poradniki wymieniają tylko dwa kosmetyki: olejek (huille antique) i pomadę do włosów. I akurat w tych dwóch poradnikach nie ma na nie przepisów! Albo więc były tak znane i oczywiste, że szkoda było o tym pisać, albo były po prostu kupowane. Olejek  prawdopodobnie produkowany był starą metodą enfleurage i traktowany był jako "cięższy", odpowiedni dla suchych włosów i w okresie zimowym. Pomadę robiono najczęściej ze smalcu wieprzowego, przetapiając go wielokrotnie w zmienianej często wodzie, dopóki nie pozbył się własnego zapachu i nie był idealnie biały, a następnie perfumowano go przy pomocy olejków (do włosów zalecano zapachy łagodne, niezbyt intensywne), czasem dodawano do niego wosk pszczeli, olej palmowy, olej migdałowy i spermacet. Pomada traktowana była jako środek lżejszy, zwłaszcza na lato i do włosów wymagających mniejszego natłuszczenia. Z obserwacji autorów porad wynikało, że włosy tłuste nie powinny być dodatkowo natłuszczane olejem, a włosy blond, zazwyczaj cieńsze niż u brunetek nie powinny być traktowane pomadą w ogóle. Może więc nie były to porady na poziomie doboru olejów do porowatości włosów, ale w dalszym ciągu były dopasowane do różnych potrzeb czytelniczek.

 Przykre przypadłości - łysina, łupież, siwizna

Zdawano też sobie sprawę z tego, że włosy odrosną, jeżeli ich cebulki pozostaną nienaruszone, ale jeżeli były zniszczone, na łysinę pomagała już tylko piękna peruka. Perukę polecano także w przypadku posiadania naturalnie rudych włosów (!). Farbowanie włosów w ogóle było wtedy w defensywie, podkreślano, że dostępne specyfiki zawierają szkodliwe sole różnych metali. Do przyciemniania siwych włosów polecano więc jedynie huille antique, czesanie włosów grzebieniem ołowianym, ewentualnie farbowanie liśćmi cyprysu roztartymi w occie.Górą naturalki! Jeżeli zaś kobietę dopadał łupież, mogła go sobie jedynie wyczesać. Niewiele tego. Być może choroby skóry głowy nie były wtedy aż tak rozpowszechnione.

 Czytając te  mądrości sprzed 175 lat czułam się niemal tak, jakbym czytała współczesnego bloga o minimalistycznej pielęgnacji włosów!

niedziela, 18 grudnia 2016

Strój szkocki dla damy - poradnik przedbalowy

XVIII wieczna suknia ślubna
W ubiegłym roku opisywałam, co powinien ubrać na bal współczesny szkotofil, w tym roku zatem czas na panie. Klasyczne zasady mówią bowiem o tym, że to kobieta dostosowuje swój ubiór na wielkie wyjście do ubioru swojego towarzysza. O dziwo jednak Szkoci nie ingerowali bardzo mocno w fantazję swoich partnerek i pozostawili im bardzo szeroki margines dowolności w komponowaniu stroju i możliwość podążania za aktualna modą w ubiorze. Ten post więc będzie znacząco krótszy :)
Przede wszystkim na co dzień Szkotki nie noszą żadnych emblematów kulturowych i o ile można spotkać mężczyznę w codziennym stroju uzupełnionym o kilt, o tyle panie wcale nie czują się zobowiązane do noszenia tartanowych spódniczek. Po kraciaste akcesoria sięga się w zasadzie tylko w sytuacjach formalnych na przyjęcia, eleganckie rauty, bale i wesela. Jednak popularność szkockiego sposobu balowania na całym świecie rozluźniła nawet skostniałe reguły i wprowadziła wiele dowolności przy komponowaniu balowego stroju.

Podstawa balowej garderoby

Królowa Elżbieta II w klasycznej szkockiej kreacji balowej
Najbardziej klasyczną szkocką kreacją jest biała suknia z rozkloszowanym dołem, sięgająca do kostek, uzupełnioną tartanową szarfą zwaną sash, którą przypina się broszką na ramieniu. Zwróćcie uwagę, że nie ma żadnych ścisłych reguł dotyczących rodzaju materiału, kroju sukni, wykończeniu dekoltu, obecności rękawów lub nie, czyli praktycznie pełna dowolność. Nic dziwnego, że suknia balowa może być jednocześnie suknią ślubną, chociaż ta balowa jest zwykle umiarkowanie ozdobna i niezbyt ciężka. Tradycja noszenia białych sukien sięga połowy XVIII wieku, kiedy szkockie arystokratki nagminnie się w takowych portretowały. 
Jeżeli nie macie jednak ochoty na "nudną" klasykę albo uważacie, że w bieli Wam nie do twarzy, nic nie stoi na przeszkodzie, aby ubrać długą suknię balową lub wieczorową w dowolnym kolorze i uzupełnić ją tartanową szarfą sash w kolorze pasującym do kreacji. W dzisiejszych czasach też już co prawda rzadko ma się tak eleganckie kreacje w szafach, ale można pomyśleć o ich uszyciu lub zakupieniu. Warto spełnić swoje marzenia o bajkowym wieczorze z tańcami w pięknym stroju, a na szkockich balach nie znamy takiego pojęcia jak overdressed :). Przy tym takie kreacje praktycznie się nie starzeją, są absolutnie ponadczasowe. Nie polecamy jednak współczesnych krótkich sukienek koktajlowych (nie dotyczy to oczywiście historycznych stylizacji z lat 20 ubiegłego wieku), wprawdzie bardzo wygodnych, ale jednak zbyt mocno odcinających się od  kreacji balowych innych gości, którzy często ubierają stroje historyczne. Koktajlowa sukienka odpowiednia jest na mniej formalne zabawy taneczne takie jak ceilidh.

Czas nie stoi w miejscu, więc i klasyczne suknie balowe w stylu szkockim też się zmieniają. Obecnie często zamiast kraciastej szarfy przypiętej do gładkiej sukni nosi się po prostu suknię balową, której jakiś element jest uszyty w całości z tartanu, np. gorset. Wówczas nie trzeba już przypinać szarfy, taka suknia jest wystarczająco "wymowna". Nie ma co ukrywać, tego rodzaju suknie są szalenie kosztowne, niemniej bardzo piękne. Jeżeli chcecie się na taką skusić, koniecznie przymierzcie ją przed zakupem, aby sprawdzić, czy będzie wygodna przy skocznych tańcach, których na balach nie brakuje. Jeżeli suknia uszyta jest częściowo z prawdziwego wełnianego tartanu, przygotujcie się na to, że będzie prawdopodobnie dosyć ciężka.




Najmniej formalnym strojem, ale uznawanym w dalszym ciągu za elegancki i odpowiedni na wieczorne wyjście jest zestaw biała bluzka z długimi rękawami plus długa tartanowa spódnica szyta podobnie jak kiltczyli tzw. kilted skirt (zakładana portfelowo, z przodu jest płaska, tył układany w plisy, otwierana na lewym boku) i pasująca do spódnicy tartanowa szarfa sash. Bardzo mile widziany jest przy tym koronkowy żabot. Muszę przyznać, że taki outfit wygląda nieco staroświecko i lekko przyciężko, ale jest równocześnie bardzo uniwersalny, bo nie będzie od rzeczy w sytuacjach dziennych i outdoorowych, gdzie balowa suknia zupełnie się nie sprawdzi. Przy tym na pewno jest wyjątkowo ekonomiczny, bo poszczególne elementy można nosić oddzielnie i wymieniać na nowe w razie potrzeby.



W 2017 na balu w Krakowie nieepokowy
strój Kitty Szczerbackiej też przechodzi
W Krakowie organizujemy od kilku lat bale z dodatkowym motywem przewodnim, często zakorzenionym w historii i ogłaszanym z pewnym wyprzedzeniem. Motyw przewodni jest jednak pewną sugestią, a nie kategorycznym nakazem. Nie sprawdzamy datowania, nie sprawdzamy szwów. Cieszymy się, kiedy goście przychodzą zarówno w pieczołowicie odtworzonych strojach historycznych, ale też uszytych z zasłon kopiach czy wypożyczonych kostiumach teatralnych. Jeżeli czujesz się lepiej w stroju z innego stulecia albo nie masz nic innego, śmiało ubieraj! Na razie nie organizujemy jeszcze stricte historycznych balów, a jedynie stylizowane. W Krakowie przede wszystkim się tańczy, a dopiero w dalszej kolejności imponuje kreacją, zatem historyczność w miarę możliwości podkreślamy układając listę tańców tak, aby obejmowała część tańców z epoki. Dlatego zachęcamy, aby mimo wszystko ubierać stroje, które pozwolą nawet na proste tańce dla niewprawionych i stanowczo odradzamy stateczne podpieranie ściany przez cały wieczór z powodu niewygodnej sukni.

Zasady strojenia się na bal

Królowa Elżbieta na
Balu Kaledońskim w 1948 r.
Pierwszą zasadą, którą przyjmuje się na balach szkockich jest "Najważniejsze, że przyszłaś, mniej ważne w czym". Oznacza to, że wcale nie musimy się pochwalić nowiutką kreacją na każdej imprezie. Może to pokłosie słynnej szkockiej oszczędności :) Normą jest, że szyje się jedną bardzo uniwersalną suknię, która służy przez wiele sezonów. Jeżeli planujesz skorzystać z tej zasady, warto sięgnąć po klasyczne wzory na ponadczasową suknię. Możemy ją więc traktować jako bazę i modyfikować co roku poprzez dobór odpowiednich dodatków. 
Zanim pójdziecie na zakupy, przejrzyjcie też własne albo rodzinne zasoby. Jeżeli macie w szafie własną suknię ślubną, piękny egzemplarz vintage po mamie albo nosa do wyprzedaży internetowych, to możecie mieć idealną kreację za niewielkie pieniądze. Może od wielu lat zalega Wam w szafie kreacja ze studniówki albo wesela sprzed 20 lat, być może po niewielkich przeróbkach da się ją ponownie wykorzystać?


Współczesny szkocki bal w Japonii
Zasada druga brzmi: "Nieważne co masz na sobie, ważne żebyś mogła w tym tańczyć".Dlatego nie bez powodu suknie na szkockich balach są dość proste, aby przy naprawdę żywiołowych tańcach nie stracić naraz wszystkich kryształków Swarowskiego, za które zapłaciłyśmy majątek. Pierwszy test, który musicie wykonać to przywdziejcie kieckę i... skaczcie do góry jak kangury. Jeżeli nic nie odpadnie, nie obsunie się, możemy ubierać. Test podskakiwania przyda się także w przypadku fryzury.

Zbyt strojną suknię można pozbawić nadmiaru niepotrzebnych ozdóbek, warto też wybierać taką, która kończy się kilka cm nad ziemią, aby nie zaplątać się w fałdach sukni w tańcu - pamiętajcie, że na szkockich balach nie nosi się butów na obcasach! Nie najlepiej sprawdzają się szerokie rękawy (takie jak w XII w. bliaud), ale nie powinny być też zbyt wąskie - w wielu tańcach podnosi się ręce do góry. Ponadto chociaż na balach nie ma pruderyjnych reguł skromności, warto wybierać sukienki, w których dekolt kreacji "siedzi" nam pewnie na torsie - w tańcach warto zapewnić sobie komfort psychiczny. Tren przy sukni jest sprawą indywidualną, ale trzeba nad nim dobrze panować, aby nikt go przypadkiem nie przydepnął. Z uwagi na strukturę setów tanecznych warto wybierać kreacje niezbyt obszerne, żeby pozostali tancerze też zmieścili się w jednej linii.

Sprawcza moc dodatków

Jak widać Szkotki pod względem stroju mieszczą się z "przeciętnej europejskiej". To dodatki do sukni sprawiają, że na pierwszy rzut oka będziecie kojarzyć się z mglistą i zalana deszczem Szkocją.

Tartan sash
Niezbędnym rekwizytem, który błyskawicznie transformuje Waszą sukienkę jest tartanowa szarfa, zwana sash. Na dobra sprawę bardziej to przypomina długi szalik o wymiarach mniej więcej 30 cm x 230 cm, z opcjonalnymi frędzelkami na końcach. Zazwyczaj nosi się te wełniane lub z elanowełny, ale można sobie także zamówić jedwabne. Tartan powinien pasować do koloru sukienki lub jeżeli nosimy kraciastą spódnicę, być uszyty z tego samego materiału. Taki szal przypina się na ramieniu, ale nie tak po prostu! Mamy tutaj cały kod upięć, które mówią o właścicielce więcej niż wręczana przy powitaniu papierowa wizytówka.

Na zdjęciu obok przedstawiony jest najbardziej popularny i dostępny dla każdej pani sposób noszenia szarfy - składana jest na pół, przechodzi pod lewym ramieniem, końce rozkładane są w przeciwne strony ponad prawym ramieniem, a całość spinana jest na  broszką na prawym ramieniu. Upięcie jest bardzo wygodne  do tańca i nie niesie za sobą żadnych szczególnych konotacji. Wysoce polecamy!
Upinanie tego szala z drugiej strony, na lewym ramieniu dozwolone jest tylko szefowym klanów szkockich (tak tak, są takie!), żonom szefów klanu i żonom pułkowników szkockich regimentów. Jeżeli nie jesteś żadną z nich, unikaj lewego ramienia!



Innym bardzo uniwersalnym sposobem noszenia szarfy jest proste przełożenie jej przez ramię jak wstęgę orderową i spięcie broszą na biodrze. Znów najlepiej jest położyć ją na lewym ramieniu. Przy tym sposobie noszenia sash lubi się czasem zsuwać przy tańcach. Zaletą jest jednak to, że można w ten sposób nosić szarfę we wzór dowolnego tartanu, niekoniecznie klanowego, więc można wtedy idealnie dobrać tartan do sukienki.




Ten sposób noszenia szarfy jest bardzo dekoracyjny, ale uważajcie! Przeznaczony jest dla pań, które są już mężatkami, ale są bardzo silnie przywiązane do swojej rodziny i jej barw klanowych. Zakładają więc tartan rodzinny, sash przerzucają przez prawe ramię, a w dolnej części układają go w piękna kokardę.  Ale z drugiej strony może to sugerować pewien snobizm pani, która wstydzi się, że po mężu nazywa się Bylejak, a  przecież jest z domu Macdonald! Taki sash powinien być jednak nieco dłuższy, aby starczyło go na kokardę.




Tancerki scottish country dancing często noszą jednak sash w inny sposób - składają go na pół, przypinają złożenie broszą na ramieniu. Następnie przypinają dolny luźny koniec w niewidoczny sposób z drugiej strony talii, a drugi wierzchni koniec pozostawiają luźny. Dzięki temu odsłonięty jest całkowicie przód sukni - dobry patent, jeżeli masz tam jakieś ozdobne kryształki lub nosisz piękny pas. Na którym ramieniu przypinać - to podobno jest dyskusyjne, bo członkinie Royal Scottish Country Dance Society (RSCDS) mają prawo nosić broszę na lewym ramieniu i zazwyczaj robi się tak w północnej części Anglii, w Edynburgu zaś nosi się na prawym ramieniu. Jeżeli więc przypniecie broszkę na prawym ramieniu, nie popełnicie błędu. 





Brosza (sash brooch) 

To bardzo dziwne podejście, ale w Szkocji tradycyjnie to mężczyźni maja prawo do noszenia większej ilości ozdób niż kobiety, które w zasadzie powinny nosić tylko broszkę spinającą sash. Tylko jeden element, za to dosyć duży - damskie brosze mają zazwyczaj ok. 10 cm średnicy, zdobione są kamieniami szlachetnymi lub półszlachetnymi, wykorzystują motywy plecionek iroszkockich, mile widziany jest też motyw szkockiego ostu. Brosze nie muszą być od razu srebrne, metalowe nadadzą się równie dobrze. Powszechnie znanym sekretem jest, że brosza rzadko jest jedynym elementem konstrukcyjnym upinającym szarfę - chodzi o to, aby gruba igła od broszy nie zrujnowała delikatnego materiału sukni. Zwykle korzysta się jeszcze z pomocy cienkiej gumki, która ściąga sash w zgrabny pęczek i całej masy niewidocznie przypietych agrafek. Duża brosza tylko wieńczy dzieło, zasłaniając "pomoce konstrukcyjne". 

Pantofelki (pumps)

Powszechnie znanym jest, że buty muszą być dopasowane do rodzaju tańca, jaki się praktykuje. Dlatego nie sposób było powstrzymać uśmiechu, kiedy podczas internetowej dyskusji pewna niezorientowana uczestniczka stwierdziła, że na bal szkocki to chyba trzeba będzie przyjść w chodakach.... Otóż pod żadnym pozorem! Buciki do tańca szkockiego powinny być lekkie, na miękkiej podeszwie. Dlatego idealnym obuwiem są prawdziwe baletki - skórzane albo tekstylne, bez usztywnianych czubków, na skórzanej albo zamszowej podeszwie. Chodzi przede wszystkim o to, aby nie nabić sobie siniaków i nie zrujnować podbicia partnerowi w tańcu.
Bardzo polecanym kolorem wśród tancerek scd jest kolor czerwony (do białej sukni), ale niektórzy uważają to za stanowczo zbyt pretensjonalne zestawienie. Popularny jest też kolor czarny, dla niektórych znowu zbyt pospolity.Tak naprawdę jest to nieistotne - możecie sobie ubrać pantofelki w absolutnie dowolnym kolorze, który będzie Wam pasował do kreacji. Do białych sukien pięknie wyglądają też baletki białe, kremowe, ecru, szampańskie etc.

Wśród polskich tancerek zwłaszcza popularne jest noszenie sznurowanych baletek ghillies, które są tak naprawdę obowiązkowym elementem męskiego stroju balowego. Jednak w Polsce dziewczyny oprócz scottish country dances tańczą też góralskie tańce highland, stąd rzadko mają osobne pary baletek, a poza tym te sznurowane są naprawdę bardzo ładne. Klasycznym kolorem jest czarny, wzbogacany w ostatnich latach kolorowymi szwami i obrzeżami dziurek do sznurowania, jednak jeżeli buty mają służyć tylko do tańców balowych, można sobie pozwolić na ghillies z kolorowej skórki.

Jeżeli nie macie specjalnych butów do tańców szkockich, nadadzą się codzienne balerinki albo czółenka na niskim szerokim obcasie, posiadane nieraz przez tancerki z zespołów ludowych albo historycznych. Stanowczo zabronione są jedynie pantofle na wysokich cienkich obcasach. Takie obcasy mogą poranić dotkliwie samą tancerkę przy kroku pas de basque, są też niebezpieczne dla innych osób przychodzących na bal w miękkim obuwiu.
Pomyślcie też o amortyzujących wkładkach, gdyż wielogodzinne tańczenie w pantofelkach na cienkiej podeszwie powoduje, że cały następny dzień po balu spędzicie mocząc stopy w ciepłej wodzie zamiast iść na sesję zdjęciową na Planty.


Dodatki nieobowiązkowe, a mile widziane


Bal szkocki to jednak idealne miejsce na spełnienie dziewczęcych marzeń - uczestniczki bali zachęcane są, aby w ten szczególny wieczór włożyć rodową tiarę albo pochwalić się przyznanym orderem. Tak naprawdę na krakowskim balu nie pojawił się jeszcze żaden utytułowany arystokrata, ale dlaczego by się nie zabawić? Oczywiście nie namawiamy nikogo do przypinania sobie fałszywego orderu z ziemniaka, ale jeżeli marzyłyście o założeniu diademiku z kryształkami, a brakuje Wam ku temu okazji, bal szkocki jest idealnym miejscem, nie będzie to nigdy źle widziane albo uznane za kicz.

Jeszcze tylko ostania uwaga o tartanach - nie bójcie się używania kratki takiej, jaka Wam się podoba. Tradycja łączenia konkretnych wzorów ze szkockimi klanami jest bardzo młoda, bo zaledwie XIX wieczna. Szkoci nie obrażają się za "podpinanie" się do klanu. Jeżeli na bal przychodzicie z partnerem (co nie jest obowiązkowe), nie musicie też nosić takich samych tartanów. Zazwyczaj małżeństwa dopiero przywdziewają takie same kratki, ale jak pisałam powyżej, kobieta może także pozostać przy swoich rodzinnych barwach.

Drogie panie, prawda że w porównaniu z mężczyznami w kiltach mamy ułatwione zadanie i możemy podkreślać naszą urodę i rozliczne wdzięki na tyle sposobów, o których panom nawet się nie śniło?!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...