Kto się śpieszy, szyje dwa razy

Kiedy macie przed sobą piękny kawał materiału i zabieracie się do szycia, zastanówcie się proszę trzy razy, zanim skroicie poszczególne elementy stroju. Opowiem jak to u mnie bywało... i nadal bywa.

Tzw. Suknia gdańska
 (źr. dzikibez.pl )
Zajmuję się rekonstrukcją wczesnego średniowiecza jako Słowianka, w zamierzeniu z Wielkich Moraw (IX w. n.e.), ale mam też za sobą przygodę z Celtami (I w n.e.). Oba okresy są fascynujące, ale pod względem "krawieckim" bardzo ubogie. Zachowało się raczej mało przedstawień ludzi albo bogów, na podstawie których można wnioskować, co ludzie wtedy nosili. Stroje wełniane i skóry najlepiej przechowują się w miejscach bez dostępu powietrza, np. w bagnach. Jest kilka znalezisk, ale wszystkiego razem niezbyt wiele. Jeśli chodzi o Słowiańszczyznę Zachodnią we wczesnym średniowieczu to już w ogóle dramat - na razie nie znaleziono dosłownie nic (errata: znaleziono  w Gdańsku fragment tkaniny, który interpretuje się jako fragment sukni z XI wieku. Konia z rzędem temu, kto domyśli się czegoś więcej niż kształtu dekoltu). Pozostaje nam więc tylko "gdybologia stosowana", ostrożne wnioskowanie na podstawie porównań etnograficznych i ogólne nalewanie z pustego w próżne. Jednak obecnie możemy coś powiedzieć o samych tkaninach, kolorach, niektórych elementach stroju. Najgorzej jednak, gdy usiłujemy szybko stworzyć jakąś poprawną kreację na zbliżający się wyjazd historyczny... 

CELTYCKIE POCZĄTKI


W 2007 roku postanowiłam uszyć strój celtycki na potrzeby rekonstrukcji historycznej. Moja ówczesna grupa nie zostawiła mnie samej w poszukiwaniach i zaproponowała pomoc, począwszy od wzoru "poprawnego historycznie", na pomocy w krojeniu skończywszy. Wzorem miała być suknia z Huldremose, zwana swojsko "suknią - tubą" albo "peplosem". W takim wdzianku pomykało w starożytności co najmniej pół żeńskiej części Europy, z Greczynkami i Germankami na czele.W oryginale był to utkany dosłownie na okrągło wełniany materiał, odpowiednio długi, który należało odgiąć u góry, spiąć na ramionach dużymi fibulami, przepasać w talii i voila, suknia gotowa!
Ponieważ nie za dużo wykopano z tamtych czasów, nie ma się co czepiać, że to wdzianko pochodzi Danii i że byłoby idealne raczej dla Germanki. Według rekonstruktorów nadaje się dla celtyckiej kobiety i nawet siedem lat później bez sensu byłoby z tym polemizować. Mamy jeszcze przekazy, że stroje celtyckie były kolorowe, zatem taki też miał być mój strój.  

 Naturalny materiał nie wystarczy


Tak wyglądała moja wersja: lniany peplos w intensywnie kasztanowym kolorze (zszyty z boku), pod spód lniana tunika w kolorze pistacjowym (skrojona z prostokątów, ale z podkrojonymi pachami i poszerzającymi dolny obwód małymi trójkątnymi klinami wpuszczonymi w boczne szwy, sięgającymi zaledwie do kolan). Całość uzupełniała krajka wełniana w charakterze paska (z wzorem z X wiecznego nagrobka z Gotlandii) i mocno obszarpane lniane onuce z resztek. Za poprawnością historyczną przemawiają tylko dwa elementy: uszycie stroju w całości ręcznie i wykorzystanie tylko naturalnych materiałów, znaczy lnu. Cała reszta była do poprawki -  a dlaczego? Na peplos powinnam użyć wełny, która była przede wszystkim dużo bardziej rozpowszechniona w Europie niż tkaniny lniane. Poza tym to własnie wełna da się zafarbować na wyraźne kolory, a len złapie tak intensywne odcienie tylko w wyniku współczesnego, chemicznego farbowania. 

Dwa lata później następna suknia-tuba, o dokładnie takim samym kształcie uszyta więc została z kraciastej wełny, aby bardziej kojarzyła się z Celtami, którzy kratkę podobno wynaleźli. Strój zdecydowanie zyskał na realiźmie, także poprzez zastosowanie bardziej naturalnych, brunatnych kolorów, możliwych do uzyskania przez zastosowanie farb roślinnych.  
Obecnie rekonstruktorzy wszystkich epok coraz częściej stosują na swoje stroje właśnie wełnę, nie len. I to już niekoniecznie jest tak gruba wełna jak wtedy, gdy szyłam mój kraciasty peplos. Dość dawno pojawiły się także materiały tkane ręcznie, zarówno wełniane, jak i lniane. Patrząc na fakturę lnianego płótna widać, że te cienkie materiały nadają się tylko na bieliznę: tuniki/giezła/koszule. Szycie zewnętrznej odzieży z lnu ma tylko sens, gdy jest to naprawdę gruby materiał. 

Uwaga na późniejsze sztuczki...

Największe zastrzeżenia budzi jednak w tym stroju spodnia tunika. Od biedy już mogłaby być lniana, ale powinna być uszyta z prostokątów, bez żadnych takich "krawieckich sztuczek" jak podkroje na rękawy i kliny. Tuż obok macie zachowaną w całości tunikę z Owerni, z II w. n.e., zdecydowanie noszoną przez celtycką kobietę. Żadnych ułatwień przy poruszaniu się - brak rozcięć, rozszerzania klinami, podkrojów przy rękawach. Tylko cztery prostokąty, z czego te tworzące korpus bardzo szerokie, tak aby móc się stawiać jakiekolwiek kroki. To że jakaś technika była znana później, nie znaczy, że stosowano ją wcześniej. Dlatego przynajmniej przy starożytnych strojach lepiej postawić na maksymalną prostotę i nie ułatwiać sobie życia.


... i archaizację na siłę 


 Zwróćcie jeszcze uwagę, że Owernijka z Martes de Veyre, która nosiła tą szeroką koszulę nie owijała stóp byle strzępami - nosiła zgrabne pończoszki uszyte z materiału, które zapewne przewiązywała pod kolanem. A ja powinnam się wstydzić za te dziwaczne pomysły z potarganymi resztkami lnianych tkanin i czym prędzej uszyć sobie podobne nogawiczki. Jeżeli wrócę do zabawy w Celtów, mój strój będzie prawdopodobnie wyglądał tak jak powyżej. Czyli dopiero trzecia wersja będzie potwierdzona historycznie i miejmy nadzieję poprawna...

PRZYGODA Z WIKINGAMI

A potem zamarzyło mi się wikingowanie. Cel był określony - należało przygotować strój na doroczny Festiwal Słowian i Wikingów na Wolinie. W Skandynawii coś tam wykopano, zachowały się w grobach kobiecych resztki tkanin, nieraz pokazujących jak przebiegały szwy, poza tym jest kilka przedstawień walkirii w postaci figurek i ilustracji na kamieniach runicznych. Na razie doszliśmy do tego, że kobiety nosiły dlugie suknie spodnie rozkloszowane klinami, a na wierzchu suknie nazwane "fartuchowymi", które konstrukcyjnie związane są z zapinkami "żółwiowymi", noszonymi mniej więcej na piersi. Do tego półokrągły płaszcz na zimne dni, a być może także osobny tren, którego do tej pory chyba nikt sobie nie uszył.

Kolory nie z tej ziemi


Zatem tak wyglądała moja wersja: lawendowa lniana suknia spodnia z klinami do pasa i wełniana flauszowa suknia fartuchowa z dopinanym przednim panelem, z przytrzymującymi ją zapinkami z Gotlandii w kształcie końskich głów ...w kolorze samochodu strażackiego...Ratunku! Te kolory aż krzyczą z daleka, że wyszły ze współczesnej chemicznej farbiarni. O lnie już pisałam - naprawdę ciężko łapie kolory, a później szybciutko się spiera. Wątpię, czy złapałby - i co najważniejsze - utrzymałby taki kolor. Natomiast ta czerwień jest całkowicie niedopuszczalna - owszem, zabarwienie wełny jest łatwiejsze, ale ten karminowy materiał byłby we wczesnym średniowieczu tak ekstremalnie drogi, że nawet królowie mogliby mieć problem z zapłaceniem za niego. 
Jeszcze kilka lat temu w naszym wczesnośredniowiecznym środowisku rekonstruktorów modne było"robienie się na bogato", czyli obwieszanie biżuterią, noszenie nasyconych nienaturalnych kolorów, wielkich haftów i krajek w bardzo skontrastowanych, wyrazistych barwach, a równocześnie oszczędzanie na rzeczach naprawdę ważnych - np. na butach z epoki. Na szczęście taki wizerunek "bosego kniazia" odchodzi już do lamusa, a my coraz bardziej doceniamy naturalne kolory. Na razie nie odczuwam potrzeby uszycia nowej sukni fartuchowej, więc tą nieudaną zakładam tylko na bardzo specjalne okazje, kiedy potrzeba abym była Gotlandką. Natomiast powinnam ją zostawić na miesiąc na silnym słońcu - może wtedy wyblakłaby na tyle, że nie czułabym się w niej jak wielka żarówka. Lawendowa suknia na szczęście "poszła w rejs" i już do mnie nie wróciła. Teraz pod spód zakładam więc poprawne giezełko w naturalnym lnianym kolorze.

Splot jest ważny!

Pod spód tej sukni fartuchowej uszyłam jeszcze jedna suknię wełnianą i płaszcz oraz oddzielny kaptur, w bezpiecznych kolorach wprawdzie, ale niestety z flauszu. Przyznam, że parę razy ten komplet wspomógł mnie w czasie zimnych dni i nocy na wyjeździe, ale niestety mam świadomość że są bardzo niepoprawne. Flausz, czy właściwie sukno - folowana wełna (zbita tak aby tworzyła jedną powierzchnię, bez wyraźnego splotu) to wymysł dojrzałego średniowiecza. Potrzebna mi byłaby wełna o wyraźnym splocie, najlepiej płóciennym albo diagonalnym (twill). Wiemy, że taka we wczesnym średniowieczu na pewno była. A sama suknia ma jeszcze ogromna wadę - potwornie się mechaci, materiał zbija się w małe kuleczki, które przyczepiają się do tkanin wełnianych pod spodem, np do pończoszek-nogawiczek. Wygląda to nieładnie. A poza tym jest dość sztywna, nie układa się miękko. Na szczęście podczas prania skurczyła się, więc czas odłożyć ją do lamusa. Na swoja kolej do szycia czeka już piękny brązowy twill wełniany. 

SŁOWIAŃSKA CODZIENNOŚĆ


Obecnie wiem już mnie więcej jak się poruszać w strojach z fascynującej mnie epoki. Nawet tu jednak zdarzają mi się wpadki, które niszczą całą robotę, która trzeba robić od nowa.

Pamiętaj o dekolcie i rękawach

Dekolt w sukniach jest do dzisiaj moim najsłabszym punktem. Zawsze, zawsze wychodzi mi za duży! I nie chodzi bynajmniej o to, że jest powalająco głęboki, a ja wstydzę się własnego ciała i nie chcę pokazać ani kawałka piersi (jestem zresztą z tych płaskich, więc duży dekolt w moim wykonaniu nie byłby jakiś powalający). Nasze szanowne prababki aż do XIV wieku nosiły szaty z bardzo małym wycięciem przy szyi, tak aby tylko przepchnąć głowę. Miało to swoje uzasadnienie "magiczne": uważano że przez takie otwory w odzieży "złe" mogłoby mieć swobodny dostęp do człowieka i wyrządzić mu krzywdę. Poza tym dekolt w tych wczesnośredniowiecznych czasach byłby bardzo nieobyczajny, nawet pomijając chrześcijańskie zapatrywania na moralność kobiet. Zatem dekolt w mojej ulubionej lnianej sukni-giezełku jest jednak zbyt obszerny. Kolejne musi być skromniejsze. No i rękawy koniecznie trzeba zwęzić przy nadgarstku, aby złe się nie wcisnęło, a najlepiej jeszcze nicią czerwoną obhaftować  :)

Nie mieszaj kultur


Nie lubię na imprezach chodzić w płaszczach, zwłaszcza tych wielkich, półokrągłych. Są cudowne wieczorem, kiedy siedzi się przy ognisku, można się wtedy w nie całkiem zawinąć, ale zawadzają przy pracach dziennych, zwłaszcza w kuchni. Aby w ciągu dnia nie zmarznąć, a równocześnie mieć swobodę ruchów, uszyłam sobie nawierusznik - wełnianą suknię do pół łydki z krótkim rękawem, który nosi się na dłuższą suknię z długim rękawem. To zdecydowanie wschodniosłowiański element i parę razy wprowadziłam już niezłe zamieszanie, nosząc do niego wielkomorawskie ozdoby. Wprawdzie na Morawach też niczego ze strojów nie wykopano, więc teoretycznie coś takiego mogłoby być noszone, ale  kulturowo od razu kojarzy się z Rusią. Nie ma rady, tylko trzeba będzie do niego dokupić trochę ruskich ozdób, jeśli chcę go zachować, a chcę, bo jest bardzo praktyczny.

Chuchaj i dmuchaj

 Suknie spodnie dla Słowianek przywykliśmy kroić tak jak dla  Skandynawek, po prostu dlatego, że nie wiemy jak naprawdę wyglądały. Sukienkę flauszową nosiłam więc także jako Słowianka, ale szybko uszyłam sobie następną w  zgniłozielonym kolorze, z odpowiednimi klinami, z prostokątów. Dobra rada- jak już macie taką superpoprawną, wspaniale skrojoną suknię z odpowiedniej wełny, z poprawnym splotem i kolorem, to zadbajcie o nią! Następczyni szarej flauszowej kiecki skurczyła się do rozmiarów lalczynych podczas nierozważnego prania w pralce z odwirowaniem!  Taką rzecz należy prać ręcznie, nie za często, ewentualnie oddać do pralni! Ta nieszczęsna sukienka powędrowała do dwuletniego dziecka znajomej pary odtwórców, którzy musieli ją rozciąć, aby przerobić ją dziecku na kaftan.




I takie miałam oto przygody ze strojem. Dlatego błagam - zanim skroisz swój pierwszy albo nawet pięćdziesiąty strój, zrób porządny reaserch! Właściwie z roku na rok wiemy coraz więcej i wtedy okazuje się, że stroje szyte kilka lat temu zupełnie nie odpowiadają aktualnemu stanowi wiedzy. Na pewno trzeba mieć więc w sobie trochę pokory i mieć świadomość, że stroje szyte są "na teraz" i nadal wszystkiego nie wiemy. Mimo to szycie strojów pozostaje nadal wielką frajdą dla odtworców.




Komentarze

  1. Sława!
    Ponieważ "początkuję" w rekonstrukcji historycznej, a chciałabym odtwarzać słowiankę z Wielkich Moraw, (X wiek) czy mogłabyś podać mi linki do artykułów, wykrojów lub czegokolwiek co byłoby pomocne zarówno w "obszyciu się" jak i wzbogaceniu wiedzy historycznej
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Pytasz bardzo ogólnie i obawiam się, że tak szeroko nie będę mogła Ci pomóc.

    Ale przede wszystkim nie wyważaj otwartych drzwi: o Wielkich Morawach znajdziesz parę informacji na forum Halla; skupia ono ludzi, którzy m.in. realizują projekt Bradatica. Dwoje z nich: Mścidrug i Olof prowadzą swoje blogi (http://bukowlas.blogspot.com/ i http://trollusia.blogspot.com/) , gromadzą też linki i udostępniają zdjęcia. Po nitce do kłębka, bo nikt Ci wszystkiego na raz nie opowie.

    Bezwzględnie czytaj książki historyczne, bo przynajmniej poznasz dzieje Wielkich Moraw i dowiesz się, że to w przeważającej większości IX w ;),

    Co do stroju - ponieważ nic nie wykopano, uszyj jak najprostszą suknię z prostokątów, może tylko rozszerzoną klinami. Odpuść sobie jeszcze hafty, ewentualnie obszyj krajką, a nikt Cię nie będzie wytykał palcami. W drugiej (a nawet trzeciej kolejności) możesz zainwestować w ozdoby wielkomorawskie, ale na początek też nie przesadzaj z ilością.


    OdpowiedzUsuń
  3. Imho można też posiłkować się wykrojami etnograficznymi - ale one też są wariacjami prostokątów lub trapezów w zasadzie ;) I to i w przypadku Słowiańszczyzny i Skandynawii - bo ze Skandynawii też nie zachowało się wiele w kwestii sukien, głównie skrawki w losowo wybranych miejscach ;)

    A ogólnie to chciałam się odezwać odnośnie dekoltu - może wcale taki mały nie był jednak? W końcu do momentu wynalezienia mleka modyfikowanego karmiło się dzieci "z cycka" ;) Więc przynajmniej na ten czas jakaś opcja wyjęcia musiała być - udało mi się dogrzebać, w ikonografii zachodniej co prawda, do trzech przedstawień karmiących babeczek, z czego dwie z nich mają naprawde duże dekolty, a trzecia okryta jest chustą, może kryjącą taki dekolt? A i spora część wykrojów/rysunków ludowych ubiorów ma dosyć długie wcięcie poniżej dekoltu.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, że chusta dużo skrywa i to prawda, że potrzebny jest dostęp do "mleczarni"... ale

      Myślę, że długie wycięcie ma rację bytu , gdy jest skonstruowane w kształcie litery T. Ja je po prostu mniej lubię. Przy wycięciu łódkowatym wielki dekolt do karmienia byłby niepraktyczny, wielkie dekolty lubią się zsuwać z ramion. Tak działa moje giezełko pod sukienkę XV wieczną - tylko dopasowana na górze suknia utrzymuje je w ryzach.

      A te moje wycięcia w "X" to są takie i w pięć ni w dziewięć - za małe do karmienia, za duże do noszenia :)

      Usuń
  4. Hej :)
    Zwróciłam uwagę na to, że miałaś krajkę, jaką znaleziono w Gotlandii.
    Szukam tej Gotlandii po internetach, ale z miernym skutkiem.
    Mogłabyś zamieścić ten wzór?
    Byłabym wdzięczna :)

    OdpowiedzUsuń
  5. http://www.padraigan.com/logstroms/images/Bildstein-Fornsalen.jpg

    Na dobra sprawę to nie była krajka znaleziona na Gotlandii, ale wzór, który pojawia się na nagrobku (obecni stoi w Muzeum Historycznym w Visby).

    A w konkretnym przełożeniu na wzór krajki np. tutaj https://encrypted-tbn3.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcTgwJXCdRzDdMqjvp1KKqVjP0GHbPTH0T-S1Ha877AG5AMKnph8 (tylko ja miałam zrobioną połowę tego wzoru)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ogólnie z wzorami krajek z Gotlandii nie jest łatwo, podobnie jak z wszelkimi stamtąd tekstyliami - mi udało się znaleźć trochę zachowanych przetykanych złotem i srebrem. Tzn. zachowała się z nich złota i srebrna nić, nie mówiąc niestety nic o wzorach, ale można podejrzewać chyba, że były podobne jak na broszowanych krajkach z Birki czy Danii.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty