Outlander - Mniszkówna po szkocku

Dawno nie miałam uczucia, że zarżnięto piękny literacki temat, mając tak wiele do opisania, tyle bogactwa kulturowego do wykorzystania i milion możliwości!  Mowa o "Obcej" autorstwa Diany Gabaldon, która stała się moją guilty pleasure na dwa wieczory. Wszystko oczywiście przez serial "Outlander", który jest pokazywany od sierpnia tego roku. Miałam nadzieję, że znów przeniosę się w czasy Bonnie Prince Charlie'go, choćby w wyobraźni poczuję smak powstania...
Książka nie jest nowa, opublikowano ją w 1991 roku i od tego czasu rozrosła się do serii ośmiu tomów sagi o międzywiekowej bigamistce i awanturnicy Claire Randall oraz nieprawdopodobnie "bohaterskim" Szkocie Jamie'em Fraserze. Miało to być połączenie romansu, powieści przygodowej, fantastyki, a wyszło... no co wyszło. 
Rzecz dzieje się w Szkocji w dwóch wymiarach czasowych - tuż po II wojnie światowej w 1945 roku i tuż przed II powstaniem jakobickim, w 1743 roku. Wojenna pielęgniarka Claire, jadąc z mężem na drugi miesiąc miodowy do Szkocji, włażąc nieostrożnie do kamiennego kręgu przenosi się w czasie do XVIII wieku, na przemian wpadając w ręce angielskich żołnierzy i szkockich górali z klanu MacKintosh (errata: MacKenzie). Jedna i druga strona uważa ją za szpiega, a poza tym ma problem z klasyfikacją - czy Claire jest szlachetną damą w opałach, wiedźmą czy ladacznicą o niewyparzonym języku. Tylko szlachetnemu rycerzowi ukrytemu w zwalistym ciele młodego górala Jamiego jest wszystko jedno i z dobroci serca (oraz niezaspokojonej namiętności) postanawia poślubić dziwaczną Angielkę, przystosowując ją do życia w tych niełatwych dla kobiety czasach. Reszta książki to nieznośne opisy przeżyć wewnętrznych i przemyśleń obojga bohaterów, przeplatanych częstymi i dokładnymi scenami miłosnymi w różnych okolicznościach szkockiej przyrody i naprzemienne relacje z wyciągania z tarapatów jednego z małżonków przez drugiego, a także zwierzenia o kolejnych uszkodzeniach ciała młodego Frasera i detalicznych opisów opatrywania ran przez Claire. Ot, miłość w ładnej scenerii z biegiem przez płotki, żeby nie było za nudno. Niestety jest nudno. A mogło być tak pięknie...

Historyczny background

Bitwa pod Culloden
Nieudane powstanie jakobickie z 1745 roku to bardzo wdzięczna sceneria zarówno dla powieści przygodowej, jak i dla romansu. Sir Walter Scott wykorzystał ją dwukrotnie, w "Waverleyu" i w "Rob Royu", wplatając w wydarzania historyczne fikcyjne dzieje młodego Edwarda Waverleya i Franka Osbaldystone'a, łącząc je z losami panien Flory MacIvor, Róży Bradwardine i Diany Vernon. W XIX wieku zaczytywała się w nich cała Europa i nawet sto lat później te powieści budzą ciepłe uczucia.  Bo i temat powstania jest szalenie romantyczny, awanturniczy wręcz. Oto wydziedziczony młody przystojny książę Karol Stuart wraca potajemnie do Szkocji i wszczyna powstanie, mające na celu odzyskanie tronu ojca. Powstanie było wywołane ad hoc, ludzie byli zupełnie nieprzygotowani mentalnie i ekonomicznie do wojny. Cały "kapitał" młodego księcia to jego charyzmatyczna osobowość i podburzone naprędce dzikie północnoszkockie klany, źle uzbrojone i wyekwipowane, ale patrzące z nadzieją na młodego pretendenta, który ma pomóc im odzyskać wolność. Siłą rozpędu powstańcy wygrywają kilka bitew na terenie Szkocji i wkraczają do Anglii na teren hrabstwa Derbyshire. Tutaj jednak niezbyt karne wojsko idzie w rozsypkę, nadciąga zima i książę Karol decyduje się na odwrót. Ale po piętach depta mu już książę Cumberland, który na wrzosowisku Culloden urządza pogrom osłabionej szkockiej armii, która już się z tej klęski nie podnosi. Wojska "rzeźnika" Cumberlanda pustoszą Szkocję, gwałcąc i rabując co popadnie. Anglicy dość skutecznie dławią kulturę Szkocji i klanowy styl życia górali. Szkocja pustoszeje i... stopniowo pozbywa się marzeń o wolności i niepodległości... Dzisiaj te marzenia zamienia na zapewnienia o ciepłej emeryturce ;P Księciu Karolowi udaje się uciec (między innymi dzięki ofiarności Flory MacDonald), ale do Szkocji nigdy już nie wraca. Jednak to powstanie jakobickie przetrwało w pieśniach, w legendach i do dzisiaj jest kamieniem milowym w dziejach dla Szkotów, także tych wychowanych w diasporze szkockiej w Stanach Zjednoczonych, Australii, Nowej Zelandii. 

Miałam wielką nadzieję, że pani Gabaldon pójdzie w kierunku zgrabnego splecenia historii ogólnej z historią rodzinną. Zapewniam, jest co opisywać i co wspominać. Można się wzorować choćby na wspaniałych opowieściach o szkockich damach, biorących w różny sposób udział w powstaniu. Albo wykorzystać doświadczenia wojenne Claire z II wojny światowej i zestawić je z powstańczymi dziejami. Tymczasem pani Gabaldon starannie omija temat jakobitów, rzucając zaledwie jakieś ochłapy: a to wiadomości Claire z podręcznika do historii, jakieś nieskoordynowane potajemne zbieranie funduszy na powstanie,lub odległe wspomnienia młodego Frasera o kuzynie na dworze księcia Karola. Rzeczywistość bywa ciekawsza od najlepiej skonstruowanej fabuły, a autorka zlekceważyła to całkowicie. Postanowiła wymyślić własną i poszło jej nie najlepiej. 

Jedziemy... nic się nie dzieje...


Największym mankamentem książki jest... wierszówka, tak jakby autorce płacono od liczby zapisanych stron. Pretekstem do przedłużania opowieści jest ciągłe wysyłanie głównych bohaterów w drogę, nie wiadomo do końca po co - do zamku Leoch, po zaległe podatki, do kolejnego garnizonu wojskowego, dla urozmaicenia dorzucając bójkę, napad koniokradów, a nawet pospieszny ślub i przydługawą noc poślubną, przedłużoną o ślubny poranek... niejeden zresztą. Jednak te typowe przygody są przytłoczone przez kolejne opisy miłosnych uniesień, wspomnień z dzieciństwa (głównie dotyczących bicia jako metody wychowawczej) i z ostatnich lat, dotyczących krzywd doznanych od Anglików. Gdyby to skrócić o te nieszczęsne opisy i popchnąć jakoś akcję do przodu...


 "I dobrze jest, gdy cegłą jest sama miłość, oparta na cemencie szacunku."

To z "Trędowatej". Podobieństwo "Outlander" do "dzieła" Heleny Mniszkówny - losach guwernantki Stefci Rudeckiej i ordynata Michorowskiego, jest dość bliskie - pani Gabaldon wspaniałomyślnie daje Claire i Jamie'mu ponad tysiąc stron na wejście w stan zauroczenia, szeptanie słodkich słówek, schodzących na plan dalszy wobec częstych opisów uciech małżeńskich. W dodatku z odwróconą podwójną moralnością: pan młody w dniu ślubu jest niewinny i niedoświadczony, ale zapałem szybko nadrabia braki; panna młoda jakoś nie boleje zbytnio nad popełnioną bigamią, chętnie wchodzi w rolę doświadczonej nauczycielki i bezrefleksyjnie poddaje się swojemu losowi, wciąż mając tylko nadzieję, że da drapaka w swoje czasy, gdy tylko znajdzie się odpowiednio blisko kamiennego kręgu. Dla podkreślenia "romantyzmu" raz jedno raz drugie jest ranne, chore albo spite do nieprzytomności i wymaga czułej opieki - ale w pewnym momencie naprawdę ma się dość słuchania o kolejnych siniakach, głębokości ran i opisów tego jak to bolało lub nie.

Bonnie laddie, hielan laddie

Główni bohaterowie są nierówni - Claire nie sprawia dobrego wrażenia na tyle, żeby martwić się wraz z nią czy czekać na jej dalsze przygody. Odnosi się wrażenie, że to nie dzielna Angielka, tylko przygłupia współczesna Amerykanka. James Fraser na początku sprawia wrażenie poczciwego chłopaka i nawet ujmuje takim rycerskim podejściem do życia, wkrótce jednak męczące staje się takie ciągłe odgrywanie rycerza na białym koniu albo dla odmiany pogrążanie się w "zwierzęcym magnetyźmie". Ot, zmarnowana okazja do stworzenia dobrej postaci literackiej, a wykreowanie w zamian drewnianego obiektu westchnień znudzonych gospodyń domowych. Boli także to, że poza głównymi bohaterami ci drugoplanowi nie mają praktycznie nic do powiedzenia. Są, a jednak robią wyłącznie za tło w tej całej historii. Tym większa szkoda, że autorka podobno dobrze przygotowywała się do nakreślenia tła obyczajowo-historycznego, zrobiła porządny reaserch i... chyba zapomniała, gdzie zostawiła notatki.

Podsumowując - książka to tylko rozbudowany (stronnicowo) romans, dla lepszego efektu ubrany w szkockie osiemnastowieczne stroje. Ciekawa jestem, ile z tego uratuje serial. Na chwilę obecną zapowiada się ciekawie, ale jeżeli twórcy mają zamiar ekranizować wszystkie książki z serii, to pożegnam się z nim szybciej niż później.  Ta cała "guilty pleasure" nie jest grzechu warta :)

Komentarze

  1. Nie MacKintosh, tylko MacKenzie ;)
    Szczerze mówiąc, mam podobne odczucia co do "Outlander". Powieści nie czytałam, przyznaję bez bicia ;), ale po obejrzeniu wszystkich odcinków serialu, które do tej pory zostały wyemitowane i po przeczytaniu jakiejś ilości recenzji nie wiem, czy mam ochotę.
    Z opinią, że jest to zmarnowana okazja literacka - bo gdyby nad tym popracować, byłoby moim zdaniem naprawdę dobrze - zgadzam się w zupełności. :)


    P.S. Zapraszam do siebie: szycietodopierozycie.blogspot.com ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty