Pachnące suknie pani Walewskiej


Zwykle nie piszę recenzji perfum, bo nie znam się na tym na tyle, aby rozróżniać poszczególne nuty i kwieciście je opisywać. Zresztą uważam, że odbiór zapachu to sprawa bardzo indywidualna i najlepszy nawet opis, marka,  czy popularność pachnidła nie sprawi, że będzie na każdej z nas pachniało tak pięknie, aby podkreślić naszą osobowość i nastrój.  Ponadto za rok możemy już być kimś innym i nie znosić danej kompozycji. Ale są takie zapachy, które powstają z inspiracji ciekawymi wydarzeniami i przypominają dawne piękności i wielkie uczucia. 


Romans Marii Walewskiej i Napoleona Bonaparte intrygował filmowców, którzy obsadzali w roli uroczej Polki najpierw posągową Gretę Garbo, a następnie rodzimą piękność, panią Beatę Tyszkiewicz. Zainspirowana filmem "Marysia i Napoleon" - sympatyczną historią spotkania polskiej studentki Marysi i francuskiego naukowca Napoleona Beranger w pałacu w Walewicach, którzy przenoszą się w czasie do epoki napoleońskiej i przeżywają historię swoich imienników - firma kosmetyczna Miraculum wypuściła w 1971 roku perfumy "Pani Walewska" w charakterystycznym kobaltowym flakoniku, nawiązującym kształtem do kapelusza Małego Kaprala. Przez niemal dwie dekady zapach o konwaliowo-jaśminowo-różanej nucie noszony był z zapałem przez Polki i uznawany przez nie za elegancki. Hm... dzisiaj wydaje się być skoncentrowanym zapachem do perfumowania kosmetyków, archaicznie pudrowym, porażającym intensywnością i zwyczajnie staromodnym. Nadal jednak jest produkowany, więc może ma jakieś zwolenniczki. Miraculum starało się co jakiś czas odświeżyć wizerunek zapachu i wypuszczało także edycję "Gold" i czerwoną "Chic", które nie zdobyły chyba szerszego grona wielbicielek. W 2014 roku powstały dwie nowe wersje kolorystyczne "White" i "Noir", które we mnie obudziły pewne wspomnienia i ponownie zwróciły uwagę na panią Walewską.

Maria
Portret Marii w młodym wieku, malarz nieznany.
Historia ich romansu rozpoczęła się w 1807 roku na wielkim balu w Zamku Królewskim w Warszawie, podczas którego prezentowano Napoleonowi polskie arystokratki, wśród nich i 21-letnią Marię Walewską, wówczas żonę szambelana Anastazego Walewskiego. Nie wiadomo do końca jak to było - czy cesarzowi wpadła w oko śliczna pani, czy też romans był z góry zaplanowany, gdyż Napoleon wyraził życzenie, aby wśród jego miłosnych podbojów znalazła się jakaś Polka, a panią Walewską starannie wybrano spośród lokalnych piękności, biorąc pod uwagę jej pozycję społeczną i szczególne zalety osobiste. Miała to być możliwie prosta, miła dziewczyna, która nie będzie się wtrącała do polityki i po prostu umili czas małemu Korsykaninowi. Z drugiej strony polscy panowie mieli nadzieję, że Maria użyje swoich wdzięków, aby jakoś poprzeć sprawę polską przed cesarzem i może doprowadzić nawet do przyłączenia Litwy do Księstwa Warszawskiego. Początkowo Maria nie była jednak zainteresowana stanowiskiem cesarskiej metresy, mimo że wiele kobiet dałoby się za nie pokroić. Może ceniła sobie świeżo zyskany spokój i uratowaną reputację. Jako 18-letnia panna w trybie pilnym wydana została za mąż za starego pana Walewskiego, gdyż spodziewała się nieślubnego dziecka, którego ojcem jak głosiła plotka był młody Suworow, cioteczny wnuk wielkiego rosyjskiego feldmarszałka. Szlachciance nie wypadało przecież romansować przed ślubem, a ponadto Suworow był rosyjskim zaborcą, poślubienie go byłoby wyjątkowo niepatriotyczne. Czy Maria kochała Suworowa - nie wiemy, ale na ślub ze starcem się godzi i następnie przez trzy lata żyje spokojnie u boku męża, który mógłby być jej dziadkiem. Teraz niedwuznacznie dają jej do zrozumienia, że jej przeznaczeniem jest dzielić łoże z Napoleonem. Ich pierwsze miłosne spotkanie to po prostu gwałt w cesarskiej sypialni i straszliwe upokorzenie pani Walewskiej.

Ale na jakiż protest może się zdobyć młoda kobieta, za którą nikt się nie wstawi, gdyż nawet mąż gotowy jest przymknąć oko na zdradę żony w zamian za dworskie stanowisko?  Chyba tylko jej strój może oddać przepełniające ją uczucia. Na balu z Napoleonem Maria zjawia się więc w bardzo prostej białej sukni, niemodnej i surowo odcinającej się od wyszukanych toalet i klejnotów innych dam. Wyobrażam sobie, że mogła wyglądać tak jak tym na portrecie nieznanego malarza - słodka, lekko przerażona i błagająca wzrokiem o litość. I tak sobie myślę, że mogłaby skropić się właśnie takim zapachem  "White" (nazwałabym go raczej "Blanc"). Pierwsze nuty są lekko mydlane, tak jakby świeżo wyszorowana przed balem ślicznotka przywdziewała odprasowaną batystową "empirkę". Środek to wewnętrzne ciepło i nadal utrzymująca się świeżość zapachu kwiatów o poranku - uderzająca, legendarna uroda małej Polki; nuta serca najbardziej mi się podoba. To zdecydowanie pani Walewska składająca przepisowy ukłon przed bogiem wojny. Z czasem zapach staje się  mniej świeży, a bardziej ciepły, taki właśnie ambro-waniliowy, a może bursztynowo-waniliowy, jakby serce Marii otwierało się na nowe uczucie dla cesarza i ogrzewało pod wpływem jego uwielbienia. A filmowy bal wyglądał właśnie tak jak powinien - suknia Marii jest potworna, ale klimat spotkania z cesarzem oddany znakomicie.


Romans Marii i Napoleona przetrwał zaskakująco długo, bo całe trzy lata, a cesarz miewał zwykle tylko przelotne miłostki. Owocem związku był syn Aleksander, dzięki któremu cesarz uwierzył wreszcie, że może mieć dzieci, co ostatecznie skłoniło go do rozwodu z Józefiną i poślubienia "łona", czyli austriackiej arcyksieżniczki Marii Luizy. O Marię zadbał jednak odpowiednio, darując jej pałacyk w Paryżu, a syna obdarzając tytułem hrabiego. Maria zachowała dobre wspomnienia o cesarzu i była na tyle wierna, aby odwiedzić go wraz z synem na Elbie (czego zaniedbała ówczesna małżonka Napoleona) i spotkać się z nim w czasie tych końcowych 100 dni. Już nie była wiejską gąską spod Łowicza, tylko świadomą, pewną siebie kobietą, która umie walczyć o swoje szczęście. W 1812 roku udało jej się uzyskać rozwód cywilny z szambelanem Walewskim, twierdząc że małżeństwo z nim zostało zawarte pod przymusem. Pozwala jej to wyjść powtórnie za mąż w 1816 roku za kolejną miłość, hrabiego d'Ornano, marszałka Francji (tak naprawdę dopiero po śmierci Walewskiego - starego piernika, ale w gruncie rzeczy dobrego człowieka, który uchronił młodą dziewczynę przed hańbą i ostracyzmem społecznym, nie robił jej scen zazdrości z powodu ukartowanego cesarskiego romansu i uznał dwóch nieślubnych synów młodej żony).
  

Ten portret Francois Gerarda pochodzi z 1812 roku i ukazuje Marię już w zupełnie innym świetle. Jest nadal młoda i piękna, ale już straciła ten subtelny dziewczęcy wdzięk, dojrzała i... stała się bardzo modna. Aksamitna czarna suknia zapewne powstała w pracowni paryskiej krawcowej. Oficjalnie nie jest już ukochaną cesarza i nie romansują ze sobą, ale imperator zagląda czasem dyskretnie do jej pałacyku, aby spotkać się z synem i odpocząć nieco od legalnej żony. Czy kochał Marię kiedykolwiek? Podobno przyznał się, że w czasie całego życia nikogo nie kochał, może poza Józefiną, ale to dlatego, że kiedy ją poznał, był młody i głupi. Myślę jednak, że w związku z Marią odnalazł trochę ciepła i codziennej życzliwości kochającej kobiety, coś czego nie dostawał od zapatrzonej w siebie chłodnej Józefiny i czego nie oczekiwał od Marii Luizy, którą traktował tylko jako matkę swojego legalnego potomka i nie obdarzał szczególnym uczuciem. 

Myślę, że nosząc tę przepyszną toaletę Maria mogła pachnieć właśnie takimi perfumami "Noir". Pierwsze nuty są jak spojrzenie na jej twarz - twarz prowincjuszki, pucołowatej i rumianej, ale bardzo poczciwej. Niby są tam cytrusy, ale ja czuję jakieś straszliwe różane czy aldehydowe uderzenie rodem ze zdecydowanie tanich perfum (hmm... aldehydy są też w Chanel nr 5). Ale już za chwilę dostrzegamy ponownie jej urodę i  nową pozycję w świecie. Wygląda to tak, jakby Maria sięgnęła po ulubione piżmo Napoleona i wymieszała je z majową różą z Grasse z południa Francji. Na koniec dopiero zwracamy uwagę na tą czarną aksamitną suknię, podobną do kreacji innych elegantek z jej czasów, po prostu modną, ale niezbyt oryginalną. Tak jakby pomimo wszystkich zmian życiowych, zyskanej sławy i bogactwa w głębi duszy wciąż pozostała prostą, miłą dziewczynką z sąsiedztwa, z którą bawiłyśmy się w dzieciństwie i o której losach prawie zawsze decydowali inny ludzie.

Z tych zapachów Miraculum bardziej mi przypadł do gustu biały flakonik, może dlatego, że podoba mi się Maria jako młoda zalękniona dziewczyna. Późniejsze jej losy, choć niewątpliwie ciekawe, są już takie mniej bajkowe - zmarła mając zaledwie 31 lat.

I nie myślcie sobie, że Miraculum zapłaciło mi za recenzję, podsyłając kolorowe flakoniki prosto do domu. Odstałam swoje w kolejce w osiedlowym sklepiku, znosząc dzielnie pytające spojrzenia uprzejmych sprzedawczyń, które nie mogły się nadziwić, że kupuję takie "babcine" perfumy, w dodatku śmiesznie tanie. Jeżeli babcia mogłaby ze względów sentymentalnych używać niebieskich "Classic", to dojrzała mama spokojnie mogłaby sięgnąć po "Noir", a wchodząca dopiero w życie wnuczka nie powstydziłaby się mgiełki "White"*.

* Mężczyzna ma inne zdanie. To niepoprawny wielbiciel "Opium".A mówiłam, że odbiór zapachów jest sprawą indywidualną?

Inny wpis o losach Marii Walewskiej wraz z jej znakomitymi portretami i ciekawą dyskusją znajdziecie na blogu La reine de rétro. A poniżej link do całego filmu o Marysi i Napoleonie.


Komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty