Kreacja na bal szkocki - the making of

Coś dla ochłody w środku gorącego lata. Przenieśmy się myślami wstecz, do zimnego grudnia i śnieżnego stycznia...


Thomas Chandos :Prawdopodobnie
portret Flory MacDonald
Kiedy kobieta dostaje zaproszenie na bal, najpierw myśli "Ja nie mam w co się ubrać" i to zwykle jest prawda. Tym większy jest orzech do zgryzienia, kiedy bal jest imprezą prawie rekonstrukcyjną i co gorsza ściśle wydatowaną. A jeszcze gorzej, kiedy jest się autorem pomysłu na balową tematykę i nie wypada przyjść w czymś z innej epoki... Nie było rady- na VII Bal szkocki w Krakowie w klimatach jakobickich trzeba było zainwestować w nową kreację balową. Marzyła mi się suknia, którą mogłabym nosić także w plenerze, oczywiście tartanowa, choć nie kopiowana dosłownie z serialu "Outlander", którą planowałam uszyć sama. Ale robiąc reserch wśród szkockich portretów z epoki powstań jakobickich, głównie z okolic 1740-47 roku zauważyłam, że szkockie damy najchętniej portretowały się w sukniach a'la wodospad z bitej śmietanki i pomyślałam - kiedy jak nie teraz? Przecież bal w tym klimacie nie powtórzy się szybko, a przecież można się od czasu do czasu poczuć jak wielka dama, Margaret Murray czy Anna Farquharson. Z braku czasu i chęci startowania z moimi marnymi umiejętnościami krawieckimi do takiego materiału postanowiłam rozejrzeć się za dobrą, a znającą temat rekonstrukcji strojów krawcową.

Spotkanie pierwsze: 65 dni do balu

Z pomocą przychodzi Marina, zaprzyjaźniona rekonstruktorka historyczna z mojej drużyny wczesnośredniowiecznej i uzdolniona krawcowa. Między jednym a drugim machnięciem igły na spotkaniu robótkowym podejmuje się uszyć mi taką kreację, podpowiada ile i jakiego materiału kupić i co zrobić z bielizną pod suknię (systemem "teatralnym"), aby nadać jej odpowiednią objętość. Trochę będziemy oszukiwać ;) - za  warstwy posłuży współczesna tiulowa halka pod suknię ślubną, a w roli fiszbinowego paniers wystąpi  krótka falbaniasta halka, która była bazą do scenicznych sukienek tanecznych luźno stylizowanych na czasy Marii Antoniny. Pocieszam się, że choć "nie wygląda", powinna się sprawdzić w tańcu, nie będzie z nią kłopotu w razie tłoku na sali tanecznej. Z braku odpowiedniej sznurówki z epoki za twarde usztywnienie korpusu będzie odpowiadał współczesny żakardowy gorset z plastikowymi fiszbinami, brrr. Jest okropny, ale modeluje trochę talię. Mam teraz zająć się szukaniem kilometrów bawełnianej satyny, najtaniej oczywiście w "zdrowej odzieży".

Spotkanie drugie: 47 dni do balu

Zjawiam się u Mariny z paczką materiału. Niestety,z braku czasu na szukanie nie ze zdrowej odzieży, tylko ze zwykłego sklepu, gdzie ceny satyny bawełnianej przyprawiają człowieka o apopleksję. Byłaby idealna do moich celów, mięsista i przyjazna ciału, ale w zamian przywożę zwyczajną satynę poliestrową, tylko w dobrym gatunku. Jest trochę za cienka, ale pocieszam się, że suknia przez to będzie lżejsza i dzięki temu nie przygniecie mojej "fałszywej panierki"
Udało mi się też znaleźć portrety w ujęciu 3/4, gdzie można podejrzeć, jak faktycznie mogły wyglądać suknie na portretach jakobitek. Marzy mi się zwiewna wrapping-dress z portretu po lewej stronie, noszona tutaj bez stelaża, ale Marina optuje za tą poniżej, która wg niej będzie łatwiejsza do uszycia. 




Suknia jest wydatowana idealnie - to 1746 rok! Nosi ją na sobie Anna, księżna de Chandos, była pokojówka z gospody, którą książęcy małżonek wykupił od nielitościwego pierwszego męża za kilka szylingów, wykształcił i poślubił dopiero wtedy, kiedy owdowiała. Nie chcę dokładać Marinie roboty - szyje bez wykroju, patrząc tylko na portret. Pełny szacunek! Jak to z początkami bywa udaje się nam tylko zmierzyć mnie i już muszę uciekać do innych obowiązków. Marina zostaje z zapiętym gorsetem który będzie służył jako zastępczy manekin do modelowania materiału na moje wymiary.


 Spotkanie trzecie: 46 dni do balu

Marina każe się stawić wczesnym popołudniem i nastawić na średnio długie przymiarki. W ciągu jednej nocy uszyła spódnicę do tej sukni i skroiła z płótna model testowy stanika, który po poprawkach stanie się podszewką. Dostarczona satyna jest jednak zbyt cienka, potrzebuje wzmocnienia. Na szczęście, bo płócienna podszewka odizoluje trochę od poliestru, co pozwoli uniknąć ekspresowego pocenia się pod nieprzewiewnym materiałem. Znów pakuję się w gorset i moje zastępcze halki, na których spódnica rozkłada się przecudownie. "Fałszywa panierka" spełnia swoje zadanie znakomicie, utrzymując praktycznie cały ciężar spódnicy. Marina wie co robi i szyje tak jak w epoce - materiał przyszywa w całości do górnej taśmy, zostawiając nieduży rozporek umożliwiający założenie spódnicy i pozostawia długa szarfę, aby można ją było zawiązać na kokardę. Jeśli rozporek będzie przesunięty na bok idealnie mieścić się w nim będzie dowiązywana oddzielnie XVIII wieczna kieszeń na drobiazgi. Na płóciennej podszewce modeluje jeszcze kształt stanika, wiązanego z tyłu - nie wiem właściwie co robi, moja rola ogranicza się do podawania szpilek. Dostaję zadanie domowe - zakupić metalowe kółeczka do wzmocnienia dziurek. Uradowana, że wiem co robię proszę mężczyznę o dostarczenie kółeczek do dziurek i urządzenia do ich nabijania. 

Spotkanie czwarte: 45 dni do balu

Większość prac Mariny powstaje nocą, pracuje jej się wtedy najlepiej. Tempo ma szaleńcze - satynowy stanik został już wstępnie zszyty, ale czeka mnie jeszcze kilka przymiarek. Zaznaczamy docelową linię dekoltu już na satynie - okazuje się, że w podszewce z tyłu został wykrojony zbyt głęboko. Nie powinno to jednak bardzo przeszkadzać, linia dziurek do sznurowania będzie jeszcze wzmocniona.  I mamy problem - nie o takie kółeczka chodziło Marinie. Potrzebne są nieduże cienkie oczka takie jak do łączenia elementów biżuterii. Wiem, gdzie takie dostanę, ale sklep nie jest codziennie czynny. Dostaję  zatem kolejne zadanie domowe - kupić kilka metrów bawełnianej koronki i znaleźć te wściekłe kółka!

Spotkanie piąte: 43 dni do balu

 Dzisiaj mamy najdłuższą przymiarkę ze wszystkich - spędzam trzy godziny w gorsecie i spódnicy na halkach, co jakiś czas mierząc powstający stanik.  Podpowiadam wzmocnienie dolnej części  stanika poziomym fiszbinem i czuję się niemal jak odkrywca Ameryki. Gorset bieliźniany powinnam nosić na koszuli, ale rękawki podszewki są tak dopasowane, że koszula mi się po prostu nie zmieści. Marznę w grudniowych temperaturach, Marina pożycza mi więc dziergane poncho. Przez spódnicę nie mogę się praktycznie nigdzie ruszyć - jest długa i obszerna, z 6 metrów materiału w dolnym obwodzie  no i tak rozpaczliwie biała. Staram się więc umilać Marinie czas głośnym czytaniem historii księżnej de Chandos i leżącej na stoliku powieści. Dochodzę do wniosku, że szycie tak właśnie kiedyś musiało wyglądać - nawet wielka dama musiała swoje "odstać" na przymiarkach u edynburskiej krawcowej, a jeśli suknia była szyta w domowym zaciszu, panie musiały sobie jakoś umilać czas poświęcony na szycie. Marina ma rozłożoną maszynę na podłodze i naprawdę ciężko pracuje w tym czasie. Ale mamy już prawie całość, wiemy jak doszyć rękawy. Pozostaje jeszcze tylko wykończenie ich, ale to Marina zostawia już sobie na deser po Bożym Narodzeniu.

Spotkanie szóste: 24 dni do balu 

Spotykamy się w sylwestrowy wieczór, tuż przed imprezą, której gospodynią jest Marina. Pierwsi goście zaczynają się już gromadzić, a my zamykamy się w jej pokoju i mozolnie ubieramy suknię. Najbardziej mozolne jest sznurowanie sukni na plecach, pracowicie ręcznie obszyte dziurki są malutkie i niewyrobione i taśma do sznurowania trudno przez nie przechodzi. Z resztek jedwabiu Marina szyje jeszcze kokardy do zawiązywania rękawów. A do zdjęć pożycza broszkę z niebieskimi kamieniami i sznur pereł, aby wyglądać już zupełnie jak na obrazku. Mina zgromadzonych chłopaków po zobaczeniu kreacji - bezcenna!
A na zadanie domowe muszę obszyć sobie kółeczkami resztę dziurek w staniku, brr.


Godzina "W" - dzień balu
fot. Małgorzata Dworzańska
Kółeczek oczywiście nie zdążyłam przyszyć. Jako organizator balu zawsze za późno zabieram się za ubieranie i czesanie. Tym razem muszę pomóc nie tylko przy szkockim outficie mojego mężczyzny, ale i sukience dla mojej młodziutkiej kuzynki, która debiutuje na balu. Oboje jednak pomagają mi się zapakować w kreację, sznurując tyły zarówno gorsetu, jak i stanika sukni. Zwiewny śmietankowy materiał trzeba chronić przed śniegiem i ochlapaną karoseria samochodu, więc na wierzch ląduje jeszcze "ogólnohistoryczny" wełniany płaszcz z półkola. Ale po zdjęciu tegoż - jest fantastycznie! Suknia "pracuje" razem ze mną, układając się miękko, nie obciskając, nie zaplątując się pod nogi. Dekolt pod ciężarem rękawów rozsuwa się na boki, nie zawsze symetrycznie, ale kto by się tam przejmował takimi drobiazgami. I nie jest w niej za gorąco, nawet na zatłoczonej sali balowej. I tylko nikt nie poznaje, ze to strój XVIII wieczny :) Jego polityczną wymowę podkreślały właśnie barwy białe tło i niebieskie kokardy to nawiązanie do szkockiej flagi Saltire z krzyżem św. Andrzeja. Ot, taki przejaw szkockiego patriotyzmu, skoro z bronią na balu nie wypadało się pojawić.

Aż szkoda ją było ściągać, kiedy bal dobiegł końca!
fot. Olga Płonka

Komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty