Karnawałowy bal w XIX wieku - splendory i pozory cz.1



Karnawał  Anno Domini 2016  przed nami, w planach Bal Galicyjski i Bal Szkocki w Krakowie, Bal Arsenału w Warszawie, może Bal Serenissimy we Wrocławiu... to mimo wszystko tak niewiele klimatycznych imprez tanecznych i mających już zdecydowanie inny charakter niż w czasach naszych praprababek. Ale myli się ten, kto sądzi, że w XIX  wieku karnawał był czasem wyłącznie magicznym, beztroskim i bardzo szczęśliwym. Owszem, bywał... 

Szlachta się bawi, milordzie!

Musimy przede wszystkim uświadomić sobie, że bal nie zawsze i nie wszędzie oznaczał to samo. W wieku XVI i XVII bale organizowane były przede wszystkim przez panujących władców i niepoprawnie bogatych magnatów, dysponujących wielkimi funduszami i równie przepastnymi pałacami, najczęściej jako forma celebracji ważnych wydarzeń politycznych, monarszych koronacji, i wesel, także tych zawieranych przez dworzan i panny z fraucymeru. W czasie balu nie tylko tańczono osobiście, ale wystawiano i oglądano specjalnie przygotowane tematyczne balety. Szlachta wolała spędzać czas na ucztach przy suto zastawionych stołach, bawić się na kuligach i choć nie stroniła od tańców, nie były to eleganckie imprezy, o których dzisiaj myślimy w kategoriach "wytworny bal".

W XVIII wieku bogatsza szlachta zaczęła się śmielej tanecznie bawić w karnawale, wykorzystując okres wolny od robót polowych w gospodarstwach, udając się w tym czasie do większych miast. Warszawa była nawet określana  w tym czasie "Paryżem Północy" z uwagi na ogromną liczbę bali  i ... niesłychanej swobody obyczajowej. Popularne stały się publiczne bale maskowe, zwane redutami, na które za cichym przyzwoleniem mogli przychodzić także ludzie nie-błękitnokrwiści, dobrze ukryci za maskami i wymyślnymi kostiumami. Oczywiście tych których było na to stać. Balowano przede wszystkim w okresie pomiędzy świętem Trzech Króli a Środą Popielcową, a szczególnie intensywne zabawy odbywały się pomiędzy Tłustym Czwartkiem, a wtorkowymi Ostatkami i bliżej im było do karnawału w Wenecji niż do Balu w Operze Wiedeńskiej, co stało się podstawą do słynnej już relacji zdumionego ambasadora tureckiego, który donosił sułtanowi Solimanowi II: "Lachy po Nowym Roku dostają choroby jakiejś, którą dopiero popiołami sypanymi na głowy po kościołach leczą".  

W Polsce początek XIX wieku to nadal epoka balów szlacheckich przede wszystkim, ale z czasem bale zaczęły się stawać w coraz większym stopniu wydarzeniami publicznymi, otwartymi dla bogatych mieszczan. W Anglii co najmniej kilkadziesiąt lat wcześniej wymyślono publiczne biletowane ansamble, które umożliwiały spotkanie się bogatych ziemian i małomiasteczkowych kupców i rzemieślników - o takich balach pisała w swoich powieściach Jane Austen. 
"Pierwszy zimowy bal w mieście D. w Surrey miał się odbyć we wtorek trzynastego października. Spodziewano się, ze będzie imponujący, w tajemnicy przekazywano sobie długa listę rodzin ziemiańskich, które zapowiedziały swoje przybycie, niejeden tez liczył w duchu, iż zjawią się sami Osbourne'owie."- tak zaczyna Jane młodzieńczą powieść "Watsonowie", w której wiele uwagi poświęca opisowi małomiasteczkowej zabawy tanecznej. Ale nawet ona przyznawała ustami Lizzy Bennet, że bale prywatne są przyjemniejsze od publicznych. Na balach prywatnych towarzystwo było zdecydowanie bardziej dobrane i gospodarze częstowali gości wspaniałą kolacją. Na publicznych organizatorzy, no cóż... tylko herbatką.

Dopiero z czasem bale zaczęły się upowszechniać i pauperyzować, tak że wreszcie i drobni rzemieślnicy i kupcy mogli pozwolić sobie na wzięcie w nich udziału. Ale wciąż były takie miejsca, w których wstęp na bal mieli jedynie członkowie arystokracji i szlachty. W Krakowie takimi miejscami był Pałac pod Baranami państwa Potockich, gdzie zapraszani byli wyłącznie ludzie z tzw. "mondu" i pałacyk przy ul. Szlak, należący do państwa Tarnowskich, gdzie bywała szlachta mająca w rodzinie jakieś "znakomitości" - sławnych uczonych, malarzy albo polityków. Jeżeli miało się nieszczęście urodzić w rodzinie mieszczańskiej, nawet małżeństwo z osobą szlacheckiego pochodzenia nie legitymowało do otrzymania zaproszenia.

Na publicznych balach arystokracja i szlachta również trzymała się razem, odsuwając się od mieszczan, nawet cieszących się powszechnym szacunkiem. Jeśli kawaler-szlachcic poprosił do tańca damę z miasta, wzbudzało to powszechne zdumienie i dawało powód do wielotygodniowych ploteczek "w mondzie". Na taniec w pierwszej parze poloneza z jednym z organizatorów  publicznego balu, zwłaszcza charytatywnego pozwalała sobie czasem najwyższa rangą dama z arystokratycznego kręgu - np. w Krakowie taką osobą była pani Katarzyna z Branickich Potocka. Dopiero po wyjściu tych wszystkich arystokratycznych ciotek utytułowani kawalerowie pozwalali sobie czasem na chwilę zapomnienia w tańcu z uroczymi, ale "nieodpowiednimi" dziewczętami z miasta.

Protokół balowy

 W XIX wieku każdy bal miał swój rytm i ustalony porządek, ale nawet ten niezmienny zdawałoby się rytuał ulegał ewolucji wraz ze zmianą mody na tańce towarzyskie. Za czasów Jane Austen w Anglii każdy bal rozpoczynał się nobliwie od marsza lub menueta proweniencji jeszcze XVIII wiecznej. Później następowała seria kotylionów i odchodzących już powoli w przeszłość kontredansów. Na zakończenie balu tańczono zwykle jakieś lekkie, powszechnie znane i masowe tańce w kole, gdzie mogła nastąpić wymiana partnerów np. boulangera. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że każdy taniec trwał mniej więcej pół godziny, możemy stwierdzić, że niewiele ich w gruncie rzeczy tańczono w czasie zabawy. Panie, które nie zostały poproszone do tańca musiały się nieludzko nudzić pod ścianą, jako że nie wypadało przedwcześnie udać się do jadalni na kolację lub do pokoju, w którym serwowano poncz i herbatę, trzeba było poczekać na oficjalna przerwę. Żonaci mężczyźni mieli przyzwolenie na "oddelegowanie się" do pokoju karcianego, ale młode panny już taką swobodą nie dysponowały. Żadnego siadania w przypadkowym miejscu, pogaduszek w damskiej toalecie, samotnego wcześniejszego wychodzenia z balu - nic co mogłoby umilić czas. Nie dziwię się więc, że nawet nieznośna Karolina Bingley, która na pewno zatańczyła tylko cztery tańce na balu w Meryton gderała:O wiele bardziej lubiłabym bale, gdyby się inaczej odbywały. Jest coś nieznośnie nudnego w ogólnie przyjętym porządku takich przyjęć (...)"
Ale wkrótce kontredanse odeszły w niepamięć (prawie wszędzie poza Szkocją, gdzie nadal tańczono je z zapałem) i pojawiła się nowa gwiazda europejskich parkietów - walc, a równocześnie coraz większą popularność zdobywały francuskie kotyliony i kadryle, do których nie potrzeba było wiele miejsca. Porządek wieczoru wyglądał więc już nieco inaczej - na początek również marsz, a w krajach takich jak Rosja czy Austria przejęty z polskiej tradycji polonez, następnie kilka tur walca i kadryle. Pojawiały się także zaadaptowane przez wytworne towarzystwo tańce narodowe, takie jak czeska polka czy nasz mazur - na polskich balach zawsze tańczony jako ostatni taniec. Po kolacji przychodził czas na kotyliona i kolejne kadryle. Ostatnim tańcem był biały mazur, a w późniejszych latach walc - jedyny taniec, do którego to dama wybierała sobie partnera. Do podtrzymania atmosfery dobrej zabawy niezbędny był wodzirej, który podpowiadał tańczącym kolejne figury taneczne i dbał o atrakcje wieczoru. Nie był to nikt wynajęty, zazwyczaj jakiś uzdolniony tanecznie mężczyzna z dobrej rodziny, który potrafił rozruszać towarzystwo. Czasem aż do przesady - Magdalena Samozwaniec podsumowała zbytnią gorliwość wodzirejów "(...) prowadził jakiś dziarski młody wodzirej, rycząc w momencie najlepszej rozmowy tańczącej pary: "Tour de main! Chaine de la main gauche!" Chasse croisse!"- i inne tym podobne rytualne nakazy, które wprawiały w popłoch nie dosyć obeznanych z tajnikami owego tańca."
Dla debiutantek bal faktycznie mógł być magicznym pasmem wrażeń w czasie jednego wieczoru, ale bardziej doświadczeni ludzie zauważali, że nawet ten wspaniały ceremoniał balowy, w karnawale powtarzany niemal codziennie, po kilku sezonach tez może się znudzić. Pięknie to pokazał Tołstoj w dyskusji Kitty Szczerbackiej z Anna Kareniną: "Wspaniały bal. Jeden z tych na których zawsze bywa wesoło... - a więc zdarzają się i takie na których zawsze bywa wesoło?- w głosie Anny brzmiała leciutka ironia. -To dziwne, ale tak jest. U Bobryszczewów jest zawsze wesoło, u Nikitinów również, natomiast u Mieszkowów zawsze nudno. Czy pani tego nie zauważyła? - Nie kochanie, dla mnie minął już ten czas, gdy mi na balach bywało wesoło (...) Znam tylko takie, na których bywa mniej nudno i które są mniej męczące..."
Tancerzy obowiązywał jeszcze szereg innych reguł dotyczących np. kolejności proszenia do tańca, i rozpoczynania balu przez najważniejsze osobistości. Każdy pan musiał najpierw zaprosić do tańca pannę z domu, w którym odbywał się bal, następnie swoje krewne, ale nie siostry, wreszcie mógł wybrać partnerkę samodzielnie. Wodzirej starał się przetańczyć przynajmniej jeden taniec albo chociażby jedną turę walca z każdą panną na balu. Zawsze zapraszano nieco więcej mężczyzn niż kobiet, aby nie było osamotnionych dam, także tych starszych, które zasady dobrego wychowania również nakazywały prosić do tańca. Na kameralnych balach jakoś udawało się zapewnić partnerów przynajmniej do jednego kontredansa, mazurka i kotyliona, ale na masowych balach już nie zawsze było tak różowo. Teoretycznie panowie nie powinni wybrzydzać, ale podręcznik savoir-vivru swoje, a życie dyktowało swoje reguły. Oczywistym jest, że największe powodzenie miały bogate dziewczyny, choćby i nieładne. Ale jak już kawaler zdecydował się poprosić do tańca damę, musiał wykazać się wobec niej odpowiednim poziomem kultury, dobrą znajomością form towarzyskich i umiejętnością prowadzenia lekkiej salonowej konwersacji. W dodatku dobra kondycja, zręczność i wdzięczne ruchy były po prostu niezbędne.

Podobno jednak przestrzeganie konwencji było traktowane jak zaszczyt, a w Polsce zawsze pozostało nieco miejsca na dowcip, fantazję i większa swobodę, niż na balach w innych krajach europejskich. Było w tym sporo radości życia i zamiłowania do tej  karnawałowej dobrze wychowanej "rozpusty". "Nasz taniec był wyrazem jakiejś  żywiołowej radości życia, ujętej w formy starannego, wykwintnego wychowania" - pisał we wspomnieniach jeden z uczestników balu. Dowodem na to, że na sali balowej mężczyźni dobrze się czuli był szereg utworów publikowanych w prasie, opowiadań i wspomnień dotyczących właśnie tych ważnych wydarzeń towarzyskich.

Balowa moda
Niezależnie od dekady, w XIX wieku dobrze urodzeni uczestnicy balów musieli dysponować odpowiednim strojem, w którym pokazywali się w towarzystwie.

Panowie mieli prosty wybór pomiędzy frakiem a mundurem - w carskiej Rosji mundur mógł nosić każdy szlachcic, oczywiście specjalny rodzaj munduru; w innych krajach w odświętne mundury wbijali się tylko wojskowi. Napoleoński oficer szwoleżerów na przykład na bal zakładał regulaminowy mundur w postaci długiego francuskiego białego fraka z karmazynowymi, haftowanymi srebrem wyłogami, do tego białą kamizelkę huzarską szamerowaną srebrem, krótkie spodnie do kolan z białymi pończochami, trzewiki ze srebrnymi klamerkami, a wszystko to wieńczył odpowiedni kapelusz i szpada przy boku. Oczywiście, że wyglądali absolutnie przystojnie! Polscy panowie zwłaszcza w okresach porozbiorowych manifestowali strojem swoje poglądy i na bale chętnie wkładali szlacheckie kontusze. Frak balowy też "nie stał w miejscu" i przez cały wiek XIX był w różny sposób modyfikowany, chociaż dobrze uszyty służył przez kilka sezonów. Największa zmiana dotyczyła jednak długości spodni - dość szybko zarzucono krótkie spodnie z pończochami, świetnie uwydatniającymi umięśnione nogi na rzecz długich prostych nogawek, raczej ukrywających atletyczne kształty. Strój balowy uzupełniało kilka par białych rękawiczek, które należało zmieniać za każdym razem gdy zaczynały wyglądać nieświeżo.

Dla pań oczywiście co roku wymyślano coś nowego, ale nie znaczy to, że każda kobieta co sezon prezentowała zupełnie nowe kreacje. Przeciwnie, często raz uszyta suknia musiała starczyć na kilka karnawałów, w zależności od zamożności damy. Celnie podsumowała to Jane Austen w powieści "Lady Susan":"Współczuję tylko pannie Manwaring, która przyjechała do stolicy i chcąc odzyskać narzeczonego, nakupowała tyle nowych strojów, że skazała się na dwuletnie zaciskanie pasa". Biedne panny musiały czasem przerabiać sukienki z czasów młodości ich matek, bo funduszów nie starczało na uszycie nowej, a zresztą suknie były zwykle tak cenne, że nie wyrzucano ich ot, tak po prostu kiedy wyszły z mody, ale wykorzystywano materiał do nowych kreacji. Jeśli panna miała szczęście urodzić się w zasobnym domu, dostawał nowe suknie, ale nawet te najbogatsze rzadko mogły sobie pozwolić na więcej niż 2-3 suknie w sezonie balowym. Ratowało je to, że balowa toaleta była zwykle bardzo skomplikowanym tworem, składającym się ze spodniej kolorowej warstwy i zewnętrznej przejrzystej. Poprzez manewrowanie warstwami i zmianę aplikacji, koronek i kwiatów suknia za każdym razem mogła udawać nowy model. Można to było robić albo we własnym zakresie (kobiety zwłaszcza we wcześniejszych dekadach XIX wieku częściej zajmowały się w domu szyciem, nawet Scarlett O'Hara nie stroniła od igły!) pod koniec wieku wyrafinowane panie uznawały  jednak szycie odzieży za coś uwłaczającego, ograniczając się tylko do delikatnych robótek ręcznych. Wtedy zawracało się wciąż głowę szwaczce albo zaprzęgano do roboty osobistą pokojówkę.
Suknie z 1861 roku - taką zielona mogłaby uszyć Scarlett O'Hara na planowany balu w Dwunastu Dębach
Większą liczbę sukni balowych kobieta otrzymywała z momentem zamążpójścia od rodziców jako należną jej wyprawę. Bajecznie bogata hrabina Zofia z Branickich Potocka otrzymała w ślubnej wyprawie aż 36 balowych sukien, które bardzo jej się przydały podczas przypadającego na karnawał miodowego miesiąca. No, ale w tym przypadku ślubna wyprawa była też manifestacją zamożności rodziny, z której pochodziła panna. Od młodej mężatki w pierwszym roku małżeństwa oczekiwano wręcz, że będzie olśniewała toaletami sporządzonymi według najświeższej mody. Jednak ten zapas wyprawnych sukien musiał jej zwykle wystarczyć przez kilka, a nawet kilkanaście następnych lat, w zależności od dochodów i hojności pana małżonka.

Skoro bal był targowiskiem matrymonialnym, panowało większe przyzwolenie na wyjście poza granice codziennej skromności i błyśnięcie - czasem dosłownie poprzez zastosowanie cennego, odświętnego materiału np. satyny, aksamitu i rzucającej się w oczy biżuterii, czasem "tylko" kosztownych koronek i dodatkowych falbanek czy najpiękniejszych świeżych kwiatów. Nieraz arystokratki solidnie szalały - np. pewnego razu Maria Beatrix z Krasińskich Raczyńska na bal przyszła obwieszona taką liczbą klejnotów, że poprosiła aż czterech młodych mężczyzn o towarzyszenie jej w charakterze ochroniarzy! No ale pani Maria była na dobrej drodze do zostania szwedzką królową, możemy jej wybaczyć te drobne, acz kosztowne ekstrawagancje. Na prawdziwy przepych i odrobinę swobody pozwalano sobie na balach kostiumowych - sięgano do wzorów historycznych, nie zawsze "koszernych" epokowo, kostiumy przyozdabiano mnóstwem klejnotów, a czasem odsłaniano więcej ciała, niż etykieta pozwalała, np stopy w greckich sandałach, do których nie zakładano pończoch. W czasach, gdy gdy suknia przybierała kształt dzwonu,w wersji balowej bywała obszerniejsza i bardziej zmarszczona niż w sukniach dziennych, a gdy później panowała moda na wydłużone sylwetki, sukni balowej towarzyszył tren, choć trzeba go było upinać albo trzymać w ręku - wszystko po to, aby podkreślić splendor wydarzenia, stworzyć wrażenie luksusu i wyjątkowości. W zależności od dekady, suknia balowa mogła odsłaniać też kawałek ciała - dekolt i ramiona, dopiero w latach międzywojennych nogi, tak aby zaprezentować nieco wdzięków przyszłym adoratorom, a także miała dopasowany stanik, by pokazać talię i linię biustu. Po koniec belle epoque wróciła jednak pruderia i polskie debiutantki balowe mogły sobie pozwolić tylko na niewielkie dekolciki, przykryte na dodatek warstwą gazy lub muślinu, obiecując sobie powetować straty kiedy tylko wyjdą za mąż - wtedy dekolt był już dozwolony.
Scena przypomina tą z "Anny Kareniny", kiedy Kitty Szczerbacka na balu nadaremnie czeka
na zaproszenie Wrońskiego do mazura, odmówiwszy uprzednio kilku innym tancerzom
W XIX wieku dress code obejmował nie tylko rodzaj i krój sukni, ale także odpowiedni kolor dla danego stanu. Pannie wypadało wystąpić w sukni białej lub w kolorach pastelowych, co miało podkreślać jej świeżość i niewinność. Do tego co najwyżej niewielki medalion i skromna bransoletka. Efekty bywały niezadowalające - bledziutkie nastoletnie istoty wyglądały w nich na jeszcze bardziej anemiczne i bez życia, a w skrajnych przypadkach ich skóra przybierała niezdrowy, wręcz zielonkawy odcień. W nasyconych kolorach występowały młode mężatki, przynajmniej przez ten krótki okres pomiędzy ślubem a pierwszą ciążą. Młode jeszcze kobiety, tzn. w wieku określanym jako balzakowski musiały ograniczyć swoje wybory do ciemnych i nieefektownych barw, wśród których chyba najbardziej znienawidzonym był kolor lila. W takim kolorze wyobraża sobie Kitty Szczerbacka Annę Kareninę na ich wspólnym balu, na który sama wybiera się w kreacji w kolorze różowym, ale Anna nieoczekiwanie zjawia się we wspaniałej czarnej toalecie, przyćmiewając ledwo dorosłą panienkę dojrzałym urokiem. Scarlett O'Hara z nienawiścią patrzy jednak na jasnozieloną suknię Maybelle Merriweather na dobroczynnej wencie w Atlancie, rozmyślając z pasją, jak to dobrze byłoby znów włożyć twarzową kolorową kreację, zamiast znienawidzonej zapiętej pod szyję sukni przyzwoitej mężatki, całej czarnej jak wdowie przystało.

Balowe "must have"
Wachlarz z kolejnością tańców.
Podstawowym dodatkiem, z którym dama nie rozstawała się na balu był wachlarz, niezbędny dla ochłodzenia rozgrzanych policzków po harcach na parkiecie, nieraz w dużym tłoku. I tutaj również obowiązywała segregacja wiekowo-stanowa: panny przynosiły wachlarze z atłasu lub gazy, z delikatnymi malowanymi zdobieniami, mężatki wachlowały się czarnymi strusimi piórami, oprawionymi w kość słoniową, a starowinki choć mogły wybrać co chciały, najczęściej stawiały na cenne koronki. Jeżeli nosiło się mocno zasznurowany gorset, ten mały przedmiocik był doprawdy nieoceniony, bo bardzo łatwo można było stracić oddech i po prostu zemdleć, a to nie byłoby już bardzo eleganckie. Wachlarz pozwalał także schować się i dyskretnie zamienić słówko z ukochanym. Używany był nawet w roli telegrafu salonowego, tak aby przez odpowiednie jego trzymanie, otwieranie i zamykanie przekazać wiadomość na drugi koniec sali do wybranka serca, z którym nie można było oficjalnie zbyt długo konwersować. Wachlarz mógł spełnić także rolę podręcznego notatnika, w którym zapisywało się partnerów do kolejnego tańca.
Wkrótce jednak sam wachlarz przestał wystarczać i na sali balowej pojawił się karnecik - malutki zeszycik w twardych okładkach z miniaturowym ołówkiem, w których panna zapisywała chętnych do kolejnych tańców. Bez przesady można powiedzieć, że był to pierwszy damski terminarz - kajecik służył na cały sezon balowy, a nie na jedno wydarzenie i pozwalał chętnym panom rezerwować sobie tańce z dużym wyprzedzeniem. U bogatej albo bardzo atrakcyjnej panny rzeczywiście miejsca szybko się zapełniały, a lista chętnych bywała dłuższa niż lista dostępnych pląsów. Szczelnie wypełniony karnecik był czytelnym dowodem wielkiego powodzenia w sezonie towarzyskim i dawał nadzieję na korzystne zamążpójście młodej damy.
Trzecim przedmiocikiem ułatwiającym życie kobiecie był paź - nie w sensie dosłownym, dla małego chłopca nie było miejsca na balu. Mowa tutaj o zębatej klamerce, która była noszona na nadgarstku i pozwalała damie podtrzymywać ręką tren sukni. Bardzo chciałam Wam go pokazać, ale moje idealne źródełko z obrazkiem wyschło....Niestety na obrazach z epoki też jest niewidoczny, malarze uparli się pokazywać wirujące treny sukien! Na pocieszenie więc rzucam współcześnie wykonanego "pazie", nawiązującego do wiktoriańskich wzorów.
Niezależnie natomiast od pozycji, wieku i doświadczenia, każda pani na balu przywdziewała długie rękawiczki, w okresie regencyjnym/napoleońskim do łokcia, a później już sięgające powyżej. Aby przylegały w nadgarstku, zapinano je na guziczki. Noszenie rękawiczek na balu przez panie i panów do dzisiaj ma głęboki sens - wszak nikt nie lubi być dotykany spoconą ręką, nieistotne czy damską, czy męską. Rękawiczek nie ściągano, chyba że były tak wybrudzone, że wymagały zmiany, ale wtedy czym prędzej przywdziewano świeżą parę. Nosiło się tekstylne, jedwabne i satynowe, ale również z cienkiej białej skórki. Takich rękawiczek nie prało się w wodzie, tylko czyściło benzyną, na następnie wieszano za oknem, aby pozbyć się zapachu. Nieraz jednak zapach nie zdążył wywietrzeć i wtedy na sali balowej czuć było... zresztą oddajmy głos Magdalenie Samozwaniec: "Różne pomieszane wonie biły od tych młodych "wiochen"- zapach benzyny od czyszczonych nią białych rękawiczek mieszały się z zapachem róż albo mimozy. (...)Panienki (...) wciąż "transpirowały", a kąpały się bardzo rzadko(...), za to zlewały perfumami, co było jeszcze gorsze(...) A w te symfonię zapachów wpływała ostra won naturalna... czosnku i cebuli, czyli można by rzec - zapach Eau de Pologne". Uff, to może jednak lepsze satynowe, ale to się strasznie brudzi!

Toaletę uzupełniały delikatne pantofelki podobne do baletek, z satyny, atłasu, cienkiej skórki, na niziutkim obcasie, z cienką skórzaną podeszwą i ozdobnymi rozetkami. Takie pantofelki zazwyczaj służyły tylko na jeden bal. Nawet Maria Skłodowska, pracująca jako domowa nauczycielka w szlacheckim majątku przed podjęciem studiów na Sorbonie "ztańczyła" do cna jedną parę podczas szalonego balu w któryś z wieczorów. Na szczęście nowe pantofelki można było już nabyć za parę groszy, w końcu nie wymagały skomplikowanego szycia i drogiego materiału, a przez długi okres nie były szczególnie profilowane na prawą i lewą stopę. Czy były wygodne? - nie bardzo. Cienka podeszwa nie amortyzuje zbyt dobrze podskoków na twardej podłodze, więc po powrocie z balu trzeba było dłuugo moczyć nogi w ciepłej kąpieli..

Poradnik savoir-vivru z końca XIX wieku dawał informację o jeszcze innych akcesoriach: "W dawnych czasach damy, idąc na bal, używały znacznie więcej drobnych przyborów, bez których obchodzą się teraz doskonale. I tak woreczków do gry, bukietów i flakoników z woniami nikt już prawie nie używa, osobliwie tych pierwszych i ostatnich. Wachlarz i chusteczka wystarczą dziś najzupełniej." Zarówno kwiaty, jak i perfumy ratowały atmosferę, jeśli goście balowi zaniedbali zabiegów higienicznych.Ten staroświecki bukiet trzymano w pięknej metalowej albo porcelanowej oprawce, a flakonik na wonności mógł być małym dziełem sztuki. Może w takiej buteleczce Eleonora Dashwood przemyciła na bal w Londynie wodę lawendową, którą ratowała Marianne Dashwood przed omdleniem? Ale nawet w późniejszych latach mała flaszeczka przydawała się jednak na sole trzeźwiące.
Wyobraźmy więc sobie, że zakończyła się już krzątanina przedbalowa, jesteśmy ubrane w fantastyczną kreację, a za chwilę zajedzie rodzinna kareta, aby zawieźć nas na ten wyśniony bal. Mamy swoje małe nadzieje i plany, jak Kitty Szczerbacka: "Mimo że strój, uczesanie i wszystkie przygotowania do balu kosztowały dużo zachodu i namysłu, Kitty w swej skomplikowanej tiulowej sukni na różowym spodzie wchodziła teraz na bal z taką swobodą i prostotą, jak gdyby ani ona, ani domownicy nie poświęcili wszystkim tym kokardkom i innym szczegółom toalety ani chwili uwagi (...)Był to jeden z tych dni, kiedy jej się wszystko wiodło: suknia nigdzie nie uciskała, koronkowa berta nigdzie się nie obsunęła, rozetki nie zgniotły się i żadna się nie odpruła, różowe, na wysokich obcasach pantofelki nie uwierały, lecz sprawiały radość nóżce. Gęste bandeaux jasnych włosów trzymały się na maleńkiej główce, jakby były jej własne, a trzy guziki długich rękawiczek, obcisłych, ale nie zniekształcających ręki, zapięły się wszystkie łatwo i żaden się nie urwał. Czarna aksamitka pieszczotliwiej niż zwykle okalała szyję. (...) Kitty uśmiechnęła się także i tu, na balu, spojrzawszy w lustro na swoją aksamitkę.(...) Aż do ostatniego kadryla bal wydawał jej się czarodziejskim snem, w którym wszystko było radosne: kwiaty, dźwięki i ruchy taneczne."

Strojne kobiety, przystojni i pełni galanterii mężczyźni, wspaniała oprawa bali... Brzmi pięknie, ale pamiętajmy też o drugim obliczu zimowego sezonu towarzyskiego...

Komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty