Karnawałowy bal w XIX wieku - splendory i pozory cz.2

Ach, co to był za bal - jak w pierwszej części balowego eseju! Ale nawet na najpiękniejszym balu zdarzają się drobne nieprzyjemności - tłok, deptający po nogach partner, uwierające szpilki, słabo zaopatrzony bufet czy grzanki z wątróbką. A jak to wyglądało w XIX wieku? Jakie niedogodności dręczyły balujące panie i panów? Zacznijmy może od spraw najważniejszych.

Sezon polowań

W XIX wieku dla nikogo nie było tajemnicą, że karnawał jest przede wszystkim wielkim targowiskiem matrymonialnym, podczas którego poznawano przyszłego partnera i układano związki małżeńskie. Już w XVIII wieku zapisano słynne zdanie: "Na to tańce różne, żebyście się im (dziewicom) słusznie przypatrzyli. Na to świeczkowy, żeby, jeśli który nie dojrzy, lepiej ją widział przy świecy, którą przed sobą nosi, na to mieniony, żeby z boku obaczył; na to goniony, aby widział jeśli nie kaleka albo nie dychawiczna; na to śpiewany kowal, żeby słyszał, jeśli niemota; na to Niemiec,żebyście jak w garnce kołatali, czy dobra miedź i złość, jeśli się w niej nie ozwie; na to angielskie tańce świeżo wprowadzone, żebyście ku sobie rękami klaskali, motali się ze sobą." Teoretycznie więc karnawał powinien być tak samo ważny dla panien i kawalerów, ale kobiety, tak jak i dzisiaj zresztą przywiązywały daleko większą wagę do takich występów. Małżeństwo tak naprawdę stanowiło jedyny cel kobiet w tamtych czasach i tylko do niego były przygotowywane - wszak nie tylko zabezpieczało byt kobiety, ale również dawało jej wreszcie pewną samodzielność. Z drugiej strony debiut karnawałowy oznaczał też pierwszą prezentację i wejście w środowisko, w którym miało upływać pozostałe życie bogatych lub dobrze urodzonych kobiet. Nie obciążone pracą zawodową, praktycznie cały wolny czas mogły poświęcać na życie towarzyskie. Bale były jego istotną częścią i po prostu wypadało na nich bywać. Dla zachowania pozorów bale były często organizowane jako imprezy charytatywne, mimo że zwykle wysokość datków dla potrzebujących stanowiła sumę niższą od tej przeznaczonej na organizację balu i stroje oraz klejnoty dam. Dobry obyczaj nakazywał też rodzicom zorganizowanie balu dla wchodzącej w towarzystwo córki, jeden w pierwszym sezonie, dwa w drugim, a później jeszcze więcej - ponieważ etykieta nakazywała wszystkim kawalerom zatańczyć przynajmniej raz z panną domową, rodzice mieli nadzieję, że któryś z nich skusi się w końcu na ich starzejącą się córkę...
Młoda panna przed debiutem karnawałowym zaopatrywana była w balowe kreacje, wysyłana na lekcje tańca, a następnie zawożona do jednego z większych miast na rozpoczęcie sezonu, koniecznie pod opieką przyzwoitki - zwykle najbliższej dorosłej krewnej. W ten sposób pod opieka cioteczki Norris wchodzą w świat panny Bertram w "Mansfield Park". W Polsce karnawał był szczególnie wystawnie obchodzony w Warszawie, Krakowie i Lwowie, gdzie właściwie codziennie odbywały się publiczne i prywatne bale, a choćby i skromne wieczorki tańcujące. Trzeba było wynająć odpowiednie mieszkanie, prowadzić dom otwarty i mieć odpowiednie fundusze na bilety balowe, karety i dorożki, co nieraz powodowało konieczność sprzedania kawałka rodzinnego majątku. No ale oczekiwane małżeństwo miało wynagrodzić rodzinie wszystkie straty. Gorzej, jeżeli w wielodzietnych rodzinach córek było kilka, to równało się niemal katastrofie finansowej w budżecie domowym. Stroszenie piórek nie było tylko damską domeną, również ubodzy kawalerowie starali się sprawiać lepsze wrażenie i wielokrotnie wynajmowali droższe mieszkania niż kiesa pozwalała, pożyczali bibeloty od przyjaciół i szyli na kredyt ubranie u krawca, obiecując spłatę ze spodziewanego posagu przyszłej żony.

Zdarzało się jednak, że panienki z pięknymi nazwiskami zupełnie nie mogły sobie pozwolić na karnawałową wystawność - a to majątek rodzinny został skonfiskowany po udziale w powstaniu lub któryś z przodków prowadził życie tak ekstrawaganckie, że kolejnemu pokoleniu już nie starczało na zbytki, albo tatuś akurat nie dysponował kawałkiem las na sprzedaż. Z pomocą przychodziły niektóre empatyczne damy, np. hrabina Maria z Sanguszków Potocka, zwana popularnie panią Alfredową, organizowała "pikniki", czyli tanie składkowe bale charytatywne w każdy wtorek i czwartek w pałacyku namiestnikowskim we Lwowie, gdzie atmosfera była przyjazna i familiarna, a zaproszeni panowie zwykle byli na tyle niezależni materialnie, że mogli sobie pozwolić na ożenek bez posagu. Dominowały jednak bale, podczas których to gospodarze musieli wykosztować się na wykwintną kolację, świece, odpowiednią liczbę służby i orkiestrę do tańca. Taki bal oznaczał dosłownie urwanie głowy i zaangażowanie wszystkich domowników. Zaś na koniec karnawału to kawalerowie urządzali składkowy bal, na który zapraszali panny ze wszystkich domów, w których bywali.

Ale brak funduszy na zabawę to jeszcze nie koniec karnawałowych nieszczęść! 

"Koronne gęsi"


Dla wielu dziewcząt taki debiut w towarzystwie był nie tylko pasmem przyjemnych myśli o czekającej je rozrywce, ale czasem powodem niezłego stresu. Dziewczęta wychowane na wsi, kształcone przez domowych nauczycieli, nie obyte jeszcze towarzystwie, cierpiały jak Piekarski na mękach, usiłując stawić czoła salonowej konwersacji i gładkim słówkom, prawionym przez kawalerów, którzy może i byli przystojni i interesujący, ale w takiej dowcipnej słownej szermierce zwykle nie dawali szans naiwnym pannom. Młoda nauczycielka w wiejskim dworze w 1884 roku, panna Konstancja Sulmierska wspomina własnie takie dziewczęta "Teraz poznałam już całe sąsiedztwo, bo w przeszły wtorek były imieniny pana starszego, wszyscy się zebrali złożyć mu życzenia. Wszystko są ludzie bardzo mili, uprzejmi, bardzo wszyscy byli dla mnie grzeczni i uprzedzający, Ale panny niech Bóg broni! I nieładne i takie swego chowu, w ogóle lepiej mi się podobały mężatki". Pani Wąsowska w "Lalce" podsumowała taki stan rzeczy z goryczą: "Kiedy kładziemy pierwszą suknię z trenem, kiedy idziemy na pierwszy bal, kiedy pierwszy raz kochamy - zdaje się nam, że otóż jest coś nowego (...)Kiedy kobieta, w pewnej epoce życia, marzy o idealnej miłości, wyśmiewacie jej złudzenia i domagacie się kokieterii, bez której panna jest dla was nudna, a mężatka głupia. A dopiero gdy dzięki zbiorowym usiłowaniom pozwoli prawić sobie banalne oświadczyny, patrzeć słodko w oczy, ściskać za ręce, wówczas z ciemnego kąta wyłazi jakiś oryginalny egzemplarz w kapturze Piotra z Amiens i uroczyście wyklina kobietę (...)." 
Dlatego na sali balowej w Polsce i prawdopodobnie w całej Europie najlepiej czuły się młode mężatki, zwłaszcza te związane z tolerancyjnymi mężami, albo młode wesołe wdówki. Wolno im już było olśniewać urodą i strojem, a jednocześnie były na tyle świeże, by wspaniałe kreacje śmielej podkreślały ich wdzięki. W granicach przyzwoitości mogły sobie pozwolić nawet na niewielkie flirciki z balowymi przystojniakami, nie ryzykując tak bardzo własnej reputacji. Ale wraz z upływem lat nawet największe piękności wycofywały się na kanapę w kącie sali, skąd z zawiścią spoglądały na młode tańczące kobiety, plotkując o nich zawzięcie.

Nieco inaczej mogło być w Ameryce - tam bal był przede wszystkim okazją do popisu młodych panien, nie zaś mężatek.W "Przeminęło z wiatrem" mamy fantastyczny opis dumania zrozpaczonej Scarlett, gwałtownie relegowanej przez przedwczesne wdowieństwo ze środka sali balowej do kącika dla matron: "Jakże krotko trwał czas wesołości, pięknych sukien, tańca, kokietowania... Tylko kilka krótkich, zbyt krótkich lat! Potem wychodziło się za maż, nosiło ciemne suknie, miało dzieci, traciło figurę, siedziało na balach w kącie, w towarzystwie innych rozsądnych mężatek i tańczyło tylko z mężem albo ze starszymi panami, którzy deptali po nogach. a jeżeli się tego nie przestrzegało, inne panie zaczynały obmawiać, wtedy zaś traciło się reputację i przynosiło wstyd rodzinie."

Mimo wszystko najczęściej królową balu, zbierająca od panów wszystkie bukieciki w kotylionie zostawała "koronna gęś" - panna o wątpliwej inteligencji, nie zawsze olśniewającej urodzie, ale posiadająca zgrabny mająteczek.No, może też dobra tancerka lub biuściasta laleczka o bujnych włosach i figurze spełniającej kanony ówczesnej mody, to jest z cienką talią i ładnymi pełnymi ramionami. Jeżeli panna posiadała wszystkie możliwe zalety ciała i ducha, włącznie z posagiem, stawała się w opinii kawalerów "panną pierwszej klasy". Właściwie taką partią była hrabina Katarzyna z Branickich Potocka, ale również tołstojowska ukochana Lewina: "Księżniczka Kitty Szczerbacka miała osiemnaście lat. Dopiero tej zimy zaczęła bywać. Miała większe powodzenie w towarzystwie, niż swego czasu jej obydwie siostry, większe niż spodziewała się nawet sama księżna. Nie tylko że prawie cała młodzież tańcząca na moskiewskich balach kochała się w Kitty, ale już w ciągu pierwszej zimy trafiły się jej dwie poważne partie (...)Nie zdążyła jeszcze wejść na sale i dotrzeć do tiulowej - zdobnej we wstążki, koronki i kwiaty- ciżby dam czekających na zaproszenie do taca (Kitty nigdy nie stała w tej ciżbie), gdy już poprosił ją do walca najlepszy tancerz (...)". A najlepszymi tancerzami okazywali się być najczęściej najwięksi utracjusze, wolny czas mogący przeznaczyć na doskonalenie sztuki tanecznej.

"Babozwierza kanapowe"

Panny musiały zaprezentować się jak najlepiej nie tylko przed kawalerami, ale przede wszystkim przed innymi starszymi kobietami, pokazując przede wszystkim skromność i nieskazitelne maniery. Od opinii tych wszystkich ciotek-przyzwoitek, nazywanych dosadnie przez Magdalenę Samozwaniec "babozwierzami kanapowymi" zależała często dalsza przyszłość panny w towarzystwie. Zdarzało się, że szacowna starsza dama ciepło konwersowała z debiutantkami, jak zdarzało się hrabinie Zofii z Branickich Potockiej na balu kostiumowym w 1829 roku wobec młodziutkich panien Dębińskich, ale już pół wieku później małżonka jej wnuka, hrabina Krystyna z Tyszkiewiczów Potocka ze ściągniętymi gniewem brwiami okryła nóżkę siedzącej młodej osoby zbyt wysoko uniesionym rąbkiem sukni - dama cała w pąsach uciekła we łzach z balu w Pałacu pod Baranami i nie śmiała pokazać się podczas reszty sezonu balowego w towarzystwie. Magdalena Samozwaniec w różnych tekstach zmienia wersje wydarzeń - raz wytworna hrabina zachowała wyniosłe i bardzo wymowne milczenie, w innym opisie pozwoliła sobie na lodowate "Czy pani czeka na szewca, aby jej wziął miarę?".

Poza tym to właśnie hrabina Krystyna Potocka szczególnie uważnie przypatrywała się debiutantkom podczas otwartych wieczorów Pod Baranami, tzw. jour fixe, dobierając spośród nich gości na kolejny bal. Samo bogactwo czy uroda nie wystarczały, podobno wystarczyło mieć w rodzinie zbyt swobodnie zachowująca się babkę i... żegnaj wieczorze w złotym salonie i 100-metrowej sali balowej, przyozdobionej kryształowymi świecznikami. Żartowano więc, że każda szlachcianka dałaby się zabić za jeden wieczór przetańczony Pod Baranami... Równie surowy "egzamin" z odpowiedniego zachowania panny musiały przejść w pałacyku państwa Tarnowskich przy ul. Szlak, co powodowało, że dziewczęta były wręcz musztrowane i przepytywane na zapas przez matki i ciotki-przyzwoitki, aby okazać się w oczach krakowskich matron panienką "comme il faut".

Przedsiębiorcza Scarlett O'Hara, w podobnych okolicznościach opracowała pomysł na oszukanie starych matron :"W stosunku do starszych pań należało być miła, prostą i udawać możliwie głupią, bo stare kobiety były chytre i przyglądały się dziewczętom zazdrośnie jak koty, gotowe do skoku za lada nieostrożnym spojrzeniem czy słowem." Na gruncie polskim takie postępowanie było chyba normą, w każdym razie w okresie fin de siecle'u, kiedy rzeczywiście obyczaje społeczne nieco złagodniały. „Żaden konwenans, a było ich nieskończenie dużo, nie został określony żadną formułką, za to prawie wszyscy bawili się konspiracją własnych planów i zamiarów (...). Natura polska będąc bujną i żywotną, co chwila łamała reguły konspiracji, urodziwe panny tryskały życiem i wesołością, pierwszorzędni tancerze zadawali szyku, po czym większość małżeństw kojarzyła się wedle praw młodości i miłości.” - wspominała Janina z Puttkamerów  Żółtowska, wnuczka Maryli Wereszczakówny. Cóż, może rzeczywiście zadziałał koniec wieku, a może po prostu posażna panna Puttkamerówna nie musiała za bardzo przejmować się opiniami starych cioteczek.

"Trzy tańce - to już przesada!"

Z tańcem również nie była taka prosta sprawa - zaproszenie do tańca ze strony kawalera traktowano niemal automatycznie jako oznakę sympatii dla niezamężnej damy i dawało nadzieję na deklarację małżeńską w przyszłości. Dlatego "najbezpieczniej" dla kawalera było tańczyć tylko jeden taniec z nieznajomą panną i 2-3 ze znaną nieco dłużej. Arystokratyczni, aczkolwiek zwykle zadłużeni lub nie dysponujący odpowiednim dochodem kawalerowie bywali niestety "dobrymi matematykami" - liczyli na obfite posagi u tancerek i nie dawali się zwieść wyłącznie ładną buzią. Ale wśród nieposażnych dziewcząt to raczej te ładniejsze miały szansę na zaproszenie do tańca. Wiele panien "siało pietruszkę" pod ścianami, daremnie czekając na partnera do walca czy innego tańca towarzyskiego, tańczonego zawsze w parze damsko-męskiej. Chociaż na pani domu spoczywał obowiązek zapewnienia wszystkim paniom partnerów i obyczaj nakazywał delikatnie zachęcać opornych do tańca z osamotnionymi pannami (taką dobrą duszą, dbającą o partnerów do tańca dla goszczonych panien, była podobno baronowa Aurelia Czecz z dworu w podkrakowskim Bieżanowie), wielu panów - zupełnie tak jak dzisiaj - nie miało zamiaru tańczyć i nie dawało się wypchnąć na parkiet. Nie raz zdarzało się, że zlekceważona panna z trudem tłumiła łzy, wpatrując się z nienawiścią w "królową balu", a ponieważ nie wypadało okazywać tak gwałtownych uczuć, wymykała się z tańców przed kolacją pod pozorem bólu głowy.

Jeżeli więc było się dziewczęciem niezbyt zasobnym w gotówkę tatusia lub nie bardzo urodziwym, należało zwiększyć swoje szanse na sali balowej, uciekając się do zabiegów niemalże magicznych. Starannie dobierano kolory toalet - wzorem Angielek strojono się w błękit lub "po francusku" w róż, co miało przyciągać partnerów. W rodzinach z matki na córkę przechodziły klejnoty-amulety, które miały przyciągnąć partnerów do tańca, często ozdobione naturalnymi czerwonymi koralami, symbolizującymi miłość, np. koralowe róże albo kamee. Pomocne też bywały zioła  - wystarczyło dołożyć do balowego bukiecika gałązkę pachnącego rozmarynu lub werbeny; być może faktycznie działały, gdyż obie rośliny są afrodyzjakami. Najpewniejszym sposobem miało być jednak pożyczenie sukni lub choćby jakiegoś dodatku, wachlarza czy szarfy od "królowej balu" i wtedy powodzenie miało się zapewnione! Sukces w karnawale łatwo bowiem przekładał się na sukces matrymonialny, jako że panowało przekonanie, ładnie podsumowane przez Jane Austen  w 'Dumie i uprzedzeniu" że  "Jeśli (mężczyzna) znajduje przyjemność w tańcu, to, oczywista, łatwo mu przyjdzie się zakochać.", a panny najczęściej wychodziły za maż za pierwszego mężczyznę, który im się oświadczał.

"Męczennice karnawałowe"

Magdalen Samozwaniec opisuje, że na udziałach w balach obowiązki panien na wydaniu, czyli "męczennic karnawałowych" się nie kończyły. Panna "comme il faut" po balu powinna udać się nie do własnego ciepłego łóżka, aby rozprostować zmęczone nogi, ale ... na pierwszą poranną mszę do kościoła. W ciągu dnia należało wybrać się na ślizgawkę, aby pokazać się epuzerom w świetle dziennym i błysnąć gracją na łyżwach. Popołudniami składano wizyty na herbatkach "fajfach" u poznanych pań lub przyjmowało gości w salonie w czasie tzw. jour fixe, czyli otwartego wieczoru. Tłumnie przybywano też na dobroczynne wenty i rauty, odbywające się bez tańców, ale wymagające równie starannych strojów. wówczas jak Izabela Łęcka przed wielkanocną kwestą i wielkanocnym śniadaniem u ciotki-hrabiny starannie wybierano kostiumy, aby wyglądać "ślicznie".

Panna objadająca się jak prosię należała do widoków straszliwie szokujących, więc panny głodowały w ciągu dnia i wieczorami,  na pokaz skubiąc najwyżej herbatnika, ale zakradając się w nocy do spiżarni lub polegając na wsparciu oddanych niań i guwernantek, przygotowujących zawczasu tacę z jakimś sycącym posiłkiem. Stara niania Scarlett, Mammy gderała: "Nie będę stała spokojnie i przysłuchiwała się, jak wszyscy na zabawie mówią, że nie umiesz się zachować. Powtarzałam ci tysiąc razy, ze prawdziwa dama je jak ptaszek [...] Zawsze można poznać prawdziwą damę po tym, że nic nie je." Co prawda obowiązkowy w XIX wieku gorset nie ułatwiał spożywania posiłków, ale dojrzale matrony, mimo że również ściśnięte gorsetami, bez skrępowania oddawały się przyjemnościom stołu.

Ale o ile panie nie pracujące przecież zawodowo po nieprzespanej nocy mogły sobie pozwolić na ziewanie po kątach, kiedy nikt nie widział i drzemki w godzinach wolnych od wizyt, ich partnerzy do tańca rzadko mogli sobie na taki luksus pozwolić. Jak wspomina Boy-Żeleński: "Po przetańczonej nocy urzędnik szedł do swojej budy, młody lekarz do kliniki, student na wykłady (...) Wzięty tancerz chodził przez te dwa miesiące w dzień jak błędny,w nocy wyciskał ostatek sił czarna kawą, winem, koniakiem, Pod koniec karnawału bywał rozpity na dobre. Wątlejszy dostawał krwotoku płuc. Iluż młodych ludzi wykoleił karnawał, te dwa miesiące nierealnego życia (...)". Wyobraźcie sobie, że każdego wieczoru jesteście zaproszeni na bal, a prosto z balu na rauszu albo i na kacu idziecie do pracy lub na egzamin uczelniany, brrr! Nie dziwi zatem, że obecnie bale odbywają się co najwyżej w sobotę, aby w niedziele odespać szaleństwa.

Ach ta moralność!


W pewnym momencie pod koniec wieku panowie zaczęli ziewać na balach i wymykać się z nich pod byle pozorem do kawiarni i kabaretów. Winna była chyba podwójna moralność obowiązująca panie i panów, która zakazywała "porządnym" kobietom wdawać się w spontaniczne relacje damsko-męskie, a panom dla odmiany przyzwalała na okazywanie natury zdobywcy. Wyobraźcie sobie, że idziecie na zakrapianą imprezę, na której jesteście starannie obserwowani przez tkwiąca w kącie ciotkę-przyzwoitkę albo surowa mamusię. A taka była niestety rzeczywistość eleganckich bali - dozwolona była rozmowa w tańcu z mężczyzną, ale już nie w kącie sali ani na osobności, choćby na ogólnodostępnym tarasie przy sali balowej. Żadnego poszukiwania "zgubionych chusteczek"! Po balu nie można się było tak po prostu umówić na spotkanie z panną, tylko starać się o kolejne zaproszenie do jej domu. Trzeba było mocno uważać na słowa i ograniczać konwersację do zupełnych banałów. Oczywiście zawsze znaleźli się tacy, którzy omijali reguły gry, ale panny bardzo łatwo mogły stracić dobrą reputację i zmarnować szanse na ułożenie sobie życia. Mężatki miały nieco łatwiej i niewinny flircik na balu mogły kontynuować w nieco bardziej frywolnej tonacji, jeżeli pan mąż nie był zbyt czuły na punkcie honoru. Radzono jednak paniom nawet w podeszłych leciach, aby opuszczając salę balową nie wychodziły równocześnie z przypadkowym mężczyzną, aby nie dać powodu do plotek o istniejącym pomiędzy nimi afekcie. A przecież w kawiarniach i kabaretach były inne kobiety, aktorki, tancerki i szansonistki, barwne i nie tak pruderyjne... Ciekawie pokazuje to Magdalena Samozwaniec, opisując swój pierwszy "nielegalny" bal z mniej więcej 1910 roku: "Rudozłote warkocze upięła nad czołem w tak zwana Gretchenfrisur, aby być jeszcze bardziej demoniczną, wzięła na palec sadzy i pomalowała nią sobie gęste brwi na kolor kruczy. Nałożyła różową jedwabna sukienkę, jeszcze ze ślubu swojego brata, a do tego czarne pończochy i czarne lakierowane pantofelki. Wyglądała trochę jak tancerka z varietes.(...) I wówczas jak w marzeniach otoczyły ją roje czarnych fraków, a młodzi ludzie jeden przez drugiego prosili ją o następne tańce. Wśród dystyngowanych anemicznych panien z mondu, o bladych włosach i zielonkawych dekoltach, wyglądała jak ognisty storczyk wśród chwiejących się na długich łodygach narcyzów. Przypominała mężczyznom jakies nocne lokale, urzeczywistniała ich krwiste marzenia o kobietce. Nigdy już przez całe życie nie miała takiego powodzenia." Skutkiem takiego wystąpienia była jednak zgroza w rodzinie, szlaban na wyjścia z domu, aby ją nikt nie poznał i wielki wstyd przed znajomymi dla mamy Maniusi Kossakowej. A przecież był to już wiek XX!

Ponadto presja wywierana na mężczyzn na balach była jednak bardzo duża - oczekiwano, że w efekcie się zaręczą. A tu mieli przed sobą ledwie odrosłe od ziemi nastolatki, świeże i zapewne ładne, ale jeszcze ogromnie niedoświadczone, byle jak wyedukowane, zapewne nie mające nic szczególnego do powiedzenia. jedynym sposobem aby uchronić się przed tymi znaczącymi spojrzeniami mam i córek był... ożenek. Ale wówczas przechodziło się na coś w rodzaju tanecznej emerytury, po balu zapinało się kalosze leciwym przejrzałym matronom i właściwie w ogóle można było sobie bale odpuścić.

Bal zminiaturyzowany

W mieszczańskich domach urządzano też na wzór bali wieczorki tańcujące i tu dopiero był ambaras. Najobszerniejsze nawet mieszkania krakowskie z trudem mogły pomieścić odpowiednią liczbę gości, najskromniejszą bodaj orkiestrę, stoły obsługiwane przez kelnerów... Oczywiście taki pseudo-bal poważnie uszczuplał domowy budżet. Mieszczanie wzorowali się na wystawnych magnackich imprezach, ale próby dosłownego przeniesienia specyfiki balu polskiego na miejski grunt były raczej opłakane w skutkach. Tańce takie jak mazur i polonez wymagają sporej przestrzeni, aby mogły pokazać się w całej swojej krasie i sprawić przyjemność tancerzom. Remedium miały być tańce "importowane" z Francji, takie jak kotylion i kadryl, tańczone po tzw. kwadracie, w zamierzeniu dostosowane do ograniczonej przestrzeni w mieszkaniach burżuazji, ale w Polsce przyjmowały się dosyć opornie. Z czasem więc majętna szlachta przybywająca z córkami na bale do Krakowa wynajmowała na wieczór sale balowe w największych krakowskich zajazdach i hotelach.Pomimo to wieczorki tańcujące i bale w mieszkaniach prywatnych nadal się odbywały, narażając ich bywalców na nieznośny ścisk i upał. A w charakterze dodatkowej rozrywki czekał na gości domowy koncert, wyglądający mniej więcej tak jak opisywał Jan Marcin Szancer: "Cóż za straszny obraz: śpiewające panny na wydaniu, akompaniujący urzędnicy niższych szczebli i ziewająca w udanym zachwycie gromadka niezmiennie tych samych gości. Wszyscy cierpieli nieludzko, ale nikt nie miał siły przerwać tej tortury nudy."

Podróż w czasie

Czy chcielibyście trafić na taki XIX bal? Gdyby pominąć kwestie braków w wychowaniu, nieznajomość tańców i zasad etykiety, prawdopodobny smród od niemytych ciał na sali, niewygodny jednak strój....pewnie zachowywalibyśmy się równie niezdarnie jak Amanda Price po przeniesieniu w czasie w realia powieści Jane Austen.



Ale czekajcie, przecież nie identyczne przeżycia, ale na pewno równie piękne można mieć także współcześnie! Więc do zobaczenia na balu w Warszawie i w Krakowie!

Komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty