wtorek, 2 lutego 2016

Balowe wspomnienia dawniej i dzisiaj

X Bal Arsenału
fot. Piotr Żurek
W natłoku historycznych (lub aspirujących) imprez rekonstrukcyjnych nachodzi mnie czasem ochota na porównanie moich wrażeń z tymi, które wynosiły z eleganckich bali nasze praprababcie, jeśli naturalnie pochodziły z odpowiedniej sfery. Dlatego przepadam za literaturą wspomnieniową, lubię zaglądać do pamiętników i biografii, a w powieściach skupiać się na tych fragmentach, które dotyczą życia towarzyskiego, pragnień i aspiracji zwłaszcza młodych kobiet. Z tego powodu nie omijam też romansów, pomimo że wątki romantyczne są po prostu nieznośne, ale zaciskam zęby i szukam także w nich jakiś smaczków. A potem zabieram się do zbiorowych opracowań, opisujących balowe szaleństwa, których jestem wielką fanką. W tym roku chciałam sprawdzić, na ile moje wyobrażenia pokrywają się z realnymi wspomnieniami prawdziwych kobiet i pięknymi literackimi opisami, postanowiłam się zatem wybrać na X Bal Arsenału do Warszawy. Impreza z dużymi tradycjami, ściśle wydatowana na 1796 rok, odbywająca się w pięknych historycznych wnętrzach - w tym roku w Podchorążówce w Łazienkach Królewskich, w sali musztry. Naczytałam się trochę opisów tego balu z poprzednich lat i pooglądałam zdjęcia znajomych.Uzbrojona w wielkie oczekiwania dołączyłam do bardzo mocnej ekipy dziewczyn z Krynoliny.


Magdalena Samozwaniec opisując swój panieński karnawał w 1917 roku z Warszawy, opowiada o mieszanych wrażeniach towarzyszących towarzyskiemu debiutowi:
Kadr z "Downton Abbey" - mniej więcej tak samo wyglądało
wojenne życie towarzyskie w Warszawie
"W karnawale, który nastąpił po utworzeniu "Królestwa Polskiego", Mama postanowiła pojechać do "wolnej" Warszawy z młodszą córką, której należało się trochę zabawy po "ciężkich" czasach krakowskich. (...) Biednej Lilce po okropnych nudach Mödlinga też należało się trochę rozrywki (...)Chociaż wojna trwała dalej i żołnierze ginęli w okopach od ran i odmrożeń, "bomondzik" warszawski bawił się i hulał. Madzi sprawiono w firmie Herse prześliczną krynolinę z różowej tafty. Lilce taką samą, tylko błękitną (...)Prawie co wieczór przed pensjonat pani Wojciechowskiej zajeżdżała kareta z remizy i obie córki wraz z Mamą jeździły na różne prywatne baliki i rauty dobroczynne "na pomoc wojenną". (...) Karnawał warszawski nie przyniósł rodzinie Kossaków żadnych pozytywnych rezultatów. Uroda świeżej, młodziutkiej Madzi ginęła wśród warszawskich piękności i jej powodzenie, ograniczało się do szeregu młodych kuzynów ze sfery ziemiańskiej, którzy ją adorowali i prosili, aby została ich "matka chrzestną".(...) Smutna i blada Lilka, do której przyjechał stęskniony mąż, nie brała udziału w tych wojennych towarzyskich atrakcjach." 

Bagatelizuję takie opisy, przecież minęło sto lat, czasy się zmieniły, na balach nie szuka się już męża, a damska uroda nie jest jedynym kryterium oceny wartości kobiety, jej status materialny również.No i przecież w Arsenale skupiają się odtwórcy, wprawdzie z innej epoki niż moja, ale na pewno znajdziemy wspólny język. Ale ludzie przez sto lat niby się zmienili, ale w głębi serca pozostali tacy sami...

Tartanowy koszyk z ciastkami ginie
 wśród kolorowych balowych słodkości
fot. Piotr Żurek
Przygotowania do balu zaczynają się tydzień wcześniej, ale po kolei rezygnuję z szycia kolejnych elementów garderoby: koszuli, halki i reticule. Moja maszyna do szycia odmawia współpracy, a na szycie ręczne nie mam tym razem czasu. Zamiast tego wieczór dnia poprzedzającego bal poświęcam na pieczenie szkockich ciasteczek, które zaniosę w koszyku jako moją wkładkę do balowego bufetu. Maślane shortbredy zagniatam prawie do północy, ale pachnące cytrynową skórką i kminem rzymskim Abernethy biscuits i słone owsiane bannocksy przygotowuję już szybciej, tylko całość mieści się nie w jednym, a w dwóch koszykach.... I wreszcie mogę nakręcić włosy na papiloty, na co schodzi znów pół nocy. Rano jeszcze tylko pakowanie i grupa samochodowa Alicji, Dorfi i Justyny zmierza w kierunku Warszawy z przystankiem na żywieniowe zakupy dziewcząt. Są śmiechy, są wspomnienia z plenerowych imprez i nadrabianie braków we śnie. Jest mi ciepło i dobrze na duszy, zwłaszcza że Justyna telefonicznie umawia się z warszawskimi ułanami na bal. Mieszane towarzystwo zapowiada się wyśmienicie, na balu tak powinno być. Im bliżej Warszawy, tym więcej śniegu i wszystkie drzewa wyglądają tak malowniczo...W Warszawie rozdzielamy się, a ja trafiam na Krynolinową melinę - dormitorium w hostelu w całości zarezerwowane przez miłe dziewczęta, z których część znam, a część dopiero poznam: Loanę z siostrą, lady Polley, Chopinianę, młodziutką Vorago, Zosię i Milenę. Panie są już po obiedzie, więc szybko wymykam się do pobliskiego baru mlecznego, mając nadal na głowie papiloty, osłonięte jedwabnym szalem. Cóż, warszawska ulica musiała widywać już większych ekscentryków niż wielbicieli chabrowych turbanów na głowie a 'la profesor Quirrel, zestawionych z burym polarem  :)

Kadr z "Wojny i pokoju" w ekranizacji BBC 
Najlepszy opis przedbalowej krzątaniny znajdziemy w "Wojnie i pokoju" Tołstoja: "W rodzinie Rostowów wiele było rozważań i przygotowań do tego balu, wiele obaw, że nie dostaną zaproszenia, że suknie nie będą gotowe na czas, że nie wszystko wyjdzie tak, jak trzeba. Natasza wybierała się na pierwszy wielki bal w życiu. (...) Od samego rana wszystkie siły skierowała na to, żeby wszystkie: ona, mama i Sonia, były ubrane, że nie można lepiej. Sonia i hrabina powierzyły się jej całkowicie. Hrabina miała być w sukni z amarantowego aksamitu, a one obie – w sukniach z białej gazy na różowych jedwabnych podbiciach, przy stanikach miały być róże. Włosy miały być uczesane à la grecque. Wszystko zasadnicze było już zrobione: nogi, ręce, szyja i uszy były już osobliwie starannie, po balowemu wymyte, naperfumowane i napudrowane, już włożono jedwabne ażurowe pończochy i białe atłasowe trzewiki z kokardami; fryzury były prawie gotowe. Sonia kończyła się ubierać, hrabina również, ale Natasza, która troszczyła się o wszystkie, spóźniała się. Jeszcze siedziała przed lustrem w peniuarze narzuconym na szczuplutkie ramiona. Sonia, już ubrana, stała na środku pokoju i aż do bólu przyciskając malutkim palcem przypinała ostatnią wstążkę, chrzęszczącą pod szpilką. (...) Skończywszy się czesać Natasza, w króciutkiej halce, spod której było widać balowe trzewiczki, w matczynym kaftaniku, podbiegła do Soni, obejrzała ją, a potem pobiegła do matki. Obracając jej głową, przyszpiliła toczek i ledwie zdążywszy ucałować jej siwe włosy, znowu podbiegła do dziewcząt, obrębiających jej spódnicę. Sprawa polegała na zbyt długiej spódnicy Nataszy, skracały ją dwie dziewczyny, pośpiesznie odgryzając nitki. Trzecia, ze szpilkami w wargach i zębach, biegała od hrabiny do Soni, czwarta trzymała w wysoko podniesionych rękach całą suknię z gazy. (...)Wreszcie za kwadrans jedenasta siedli do karet i pojechali. Ale jeszcze trzeba było wstąpić do Ogrodu Taurydzkiego. Perońska już była gotowa. Pomimo że była stara i nieładna, działo się u niej to samo co u Rostowów, choć nie z takim pośpiechem (dla niej było to rzeczą zwykłą), jej stare nieładne ciało było tak samo naperfumowane, wymyte, napudrowane, tak samo starannie myto je za uszami, a nawet, tak samo jak u Rostowów, stara pokojówka zachwycała się strojem swej pani, kiedy w żółtej sukni z cyfrą weszła do salonu. Perońska pochwaliła toalety Rostowów. Rostowowie pochwalili jej gust i toaletę. O jedenastej, bacząc na fryzury i suknie, usadowili się w karetach i pojechali."


Z Anuszką wymieniamy ploteczki zza wachlarza
fot. Piotr Żurek
Tak jak w powieściach najciekawsza cześć zaczęła się właśnie teraz, kiedy wszystkie panie i panny zabrały się za ostatnie przedbalowe przygotowania. W ruch idzie żelazko, gdzieniegdzie jeszcze igły i nożyczki, aby naprędce dokończyć kreację. Obie z Mileną poświęcamy mnóstwo czasu na wyplątanie papilotów z włosów, co wcale nie jest takie proste, bo niektóre niedbale nawinięte kosmyki zamieniają się w dredy. Czeszę się przed...  szybą w oknie, która jako tako odbija zarys fryzury. Zakładam znów wiernie służącą mi od kilku sezonów tartanową open-robe, niedopracowaną, szytą przez zwykłą krawcową, ale wygodną i sprawdzoną, bez trenu krępującego ruchy. Nie jestem z tych co wyglądają, jestem zakutą tancerką. Ale mogę sobie podziwiać z bliska jedwabną suknię Vorago i uszytą naprędce, ale mimo to spektakularną suknię Mileny, która po ułożeniu fryzury wygląda jak Maria Antonina, a także kunsztowną fryzurę Chopiniany, ze znawstwem tematu ułożoną z dodatkowych loczków, która przeobraża ją całkowicie. W intymnej atmosferze małego pokoju łatwo jest nawiązać znajomość. Najpiękniejsze jest to, że wszystkie panie szczerze zachwycają się kreacjami koleżanek, pomagają sobie w trudnych chwilach, zaszywając nawet za ciasne sukienki bezpośrednio na osobie i pożyczają zapomniane elementy stroju. Dzięki Loanie mam tego wieczoru na szyi prześliczny skromny naszyjnik (a moje nieodłożenie woreczka z biżuterią na właściwe miejsce powoduje, że Loana zapominiała naszyjnika dla siebie oraz pantofelków i wracała do hostelu z sali balowej.... ale mi wstyd!).

fot. Piotr Żurek
Przyjemnym elementem wieczoru jest jeszcze spacer na salę balową przez ośnieżony Park Łazienkowski. Wprawdzie nasze "koszyczki balowe" z wiktuałami są ciężkie i nieporęczne, ale nie wyobrażam sobie, że  w tak piękny wieczór na bal mogłybyśmy przyjechać samochodem, choćby najokazalszą limuzyną, marnując okazję do spaceru. Stała tam zresztą taka jedna bryka w gablotce przy Belwederze, ale nie pasowała nam datowaniem :) Wszędzie rozwieszone są jeszcze świąteczne światełka, pięknie oświetlony jest Pałac na Wodzie, a moje towarzyszki otulone w pelisy i mające na głowach bonnety wzbudzają prawdziwą sensację wśród przechodniów w parku, pomimo panujących już w bocznych alejkach ciemności. Nawet Warszawa nie wszystko jeszcze widziała...

Duża sala, wielu gości
fot. Piotr Żurek
Pomimo że docieramy na oznaczoną godzinę, zastajemy jeszcze zwyczajny gospodarski rozgardiasz, nikt nic nie wie, panie biegają w papilotach i pośpiesznie kończą toaletę w bocznej sali. Napięcie od razu spada, można się poczuć bardziej familiarnie. Sama wiem, co to znaczy zjawiać się już po przyjściu gości i na ich oczach kończyć ostatnie przygotowania. Podciągając niesforne pończochy, z zainteresowaniem obserwuję fryzjerskie zmagania pana Ludwika Ksawerego z lokami chętnych dam. Spod jego ręki wychodzą doprawdy spektakularne koafiury. Jeszcze tylko ostatni telefon na drugi koniec Polski i czas wejść na salę balową w pełnej gali. Sala do tańca jest ogromna, mieści się tam bufet, krzesła i sofki pod ścianami, kwartet smyczkowy i wolnostojące panoplium, a mimo to zostaje wielka przestrzeń do tańca. Obok druga sala, mniejsza, z fortepianem Paderewskiego i licznymi gablotkami z pamiątkami historycznymi, w sam raz żeby w spokoju porozmawiać. Zaraz włączają się marzenia - gdyby znaleźć w Krakowie taką przestrzeń... ale wkrótce okazuje się, że rozmiary sali mogą być też wadą, bo przez podwójną wysokość akustyka jest fatalna, muzycy są ledwo słyszalni, wystawiana sztuka teatralna gubi się na rozległej przestrzeni, a wzmocniony mikrofonem głos wodzireja nie może się przebić przez szmer tłumu. Zaczynam doceniać kameralne wnętrza i mniejsze zgromadzenia, zwłaszcza, że goście napływają i napływają...

 Manufaktura karnecikowa
fot. Piotr Żurek
Podchodzę do stolika "welcome witch" i zostaję zagoniona do wiązania sznureczków na karnecikach. Niby można się wówczas zapoznać z innymi paniami, ale jestem obca w tym towarzystwie, nie najlepiej mi idzie prezentacja i brakuje mi asertywności, żeby po prostu sobie pójść. Zastanawiam się nieśmiało, dlaczego pozostali organizatorzy zostawili biednego pana Piotra z całym tym kłopotem. A później jeszcze okazuje się, że wśród imiennych karnecików brakuje mojego nazwiska, dostaję więc zastępczy, bezimienny. Cóż za despekt, to nie najlepszy początek wieczoru (pan Piotr przeprasza, a potem jeszcze po balu oferuje przesłanie podpisanego karnecika z przeprosinami, co oczywiście jest bardzo miłe). Ale mój karnet i tak przez cały wieczór pozostaje pusty - w Warszawie nie ma mody na rezerwowanie sobie tańców i karnecik jest tylko papierową pamiątką z wydarzenia, a w czasie balu służy wyłącznie jako program, w którym sprawdzamy z koleżankami co teraz będzie się działo.

Pozytywny pan Bingley zaprasza do tańca...
 Duma i uprzedzenie z 2005 roku
Jane Austen bardzo celnie zaobserwowała co robią takie typki jak ja, które czasem mają problemy z zawarciem znajomości: "Pan Bingley szybko zawarł znajomość ze wszystkimi znaczącymi osobami; był żywy, bezpośredni, nie opuścił ani jednego tańca, martwił się że bal zakończono tak szybko (...) Jakiż kontrast z panem Darcym! Ten zatańczył tylko raz z panią Hurst, raz z panną Bingley, uchylał się od przedstawienia jakiejkolwiek innej młodej damie, a resztę wieczoru spędził, przechadzając się po sali i od czasu do czasu zwracając się do kogoś z własnego towarzystwa. (...) 
A naczelny smutas w Meryton, pan Darcy się nudzi
Duma i uprzedzenie 2005

Ulubiona autorka wyjaśnia też, jakie są powody takiej izolacji: "Tańczył tylko cztery razy, choć było bardzo mało panów i wiem z pewnością, że niejedna panna siedziała, nie znalazłszy partnera. Nie może pan temu zaprzeczyć, panie Darcy. - Nie miałem szczęścia znać ani jednej panny oprócz dam, z którymi przybyłem.-Prawda, a na sali balowej nie można zawrzeć żadnej znajomości (...) - Może - mówił Darcy -lepiej bym postąpił, gdybym wówczas szukał znajomości, lecz nie potrafię rekomendować się ludziom obcym - Czy będziemy pytać pańskiego kuzyna o powody? (...) Czy będziemy go pytać, dlaczegóż to mądry i wykształcony, obyty w świecie człowiek nie ma danych po temu, by się rekomendować obcym? (...) - Z pewnością nie mam właściwych innym zdolności swobodnego prowadzenia rozmowy z ludźmi, których widzę pierwszy raz w życiu.(...)"


Formujemy krąg debiutantów
fot. Piotr Zurek
W ramach walki z wyobcowaniem, postanawiam dać się przedstawić w gronie debiutantów. Po balach obijam się już osiem sezonów, ale jak tu porównać bal w Krakowie, na swoim podwórku, który organizuję według własnego widzimisię, a bal wyjazdowy? W ostatniej chwili żałuję, zaczynam się tak bardzo bać tego wyjścia na środek, że mam ochotę wyciągnąć wachlarz i dodać sobie nieco oddechu... Niepotrzebnie, bo debiutantek balowych jest dużo i spokojnie gubię się w gromadzie pięknych dziewcząt wśród kolejnych wyczytywanych nazwisk. I to by było na tyle - oficjalna prezentacja nie ma dalszych konsekwencji, debiutanci balowi znów roztapiają się w kolorowy, ale niewidoczny tłum. Ludzie, którzy się nie znają, nie podchodzą do siebie. Lepiej już, kiedy koleżanki (znów fantastycznie otwarta Loana i Justyna) przedstawiają swoich znajomych albo któryś z nich okaże się tak kontaktowy jak powieściowy pan Bingley (trębacz ułanów). Można zamienić przynajmniej dwa zdania, ale i tak mam wrażenie, że to na osobie świeżo wprowadzonej do towarzystwa spoczywa ciężar podtrzymywania takiej rozmowy. Chyba że od razu znajdzie się wspólne tematy do rozmów, tak jak np. szycie sukni z dziewczętami z Krynoliny i w moim przypadku taniec, o którym możemy dyskutować namiętnie z członkami zespołu Fontanna dei Pazzi, a w przerwie rozgryzamy tajniki podstawowego kroku do szkockiego strathspeya.

Pan Piotr dostaje Legię Honorową
fot. Piotr Żurek
Program wieczoru obfituje w atrakcje, które można podziwiać z krzesełka, mając na sobie trzymetrowe paniers, kilometrowy tren i półmetrową fryzurę: pokazy tańca w wykonaniu tancerzy-wodzirejów, przedstawienie teatralne, wręczanie nagród i orderów członkom stowarzyszenia Arsenał. Kajani zabawnie to komentuje: "Bo komu chciałoby się tańczyć". Eeee... połykam w pośpiechu niezbyt ciętą ripostę, że ja właściwie jestem z tych "tańcatych". Nie chcę jej obrazić, poza tym wiem, że nie przepada za tańcami i w ogóle bal jest dla niej daleko większym wyzwaniem - męczarnią towarzyską. Ale mimo to z przyjemnością patrzę na pokazy tańca, podziwiam niewątpliwą grację tancerzy i przytupuję niecierpliwie nogą, bo też chcę już wyjść na parkiet. Kulminacyjnym momentem jest przypięcie panu Piotrowi krzyża Legii Honorowej przez francuską delegację i to jest prawdziwa bomba wieczoru. Reszta wzbudza daleko mniej emocji, także przez tą nieszczęsną akustykę. To niegrzeczne, ale w tym czasie doskonale wymienia się poglądy w kącie w damskim towarzystwie, takie o życiu i wszystkim innym ...

Polonez długi jak książka telefoniczna
fot. Piotr Żurek
Bal robi dobre wrażenie na takich ofermach strojowych jak ja przez to, że prawie wszyscy są w kostiumach z epoki, pasujących mniej lub bardziej datowaniem, ale jednak malowniczych i niecodziennych. Nie widać tak mocno, że niektóre z nich są zapewne wypożyczone z teatru, rzuca się w oczy mrowie mundurów i mnóstwo specjalnie uszytych na tę okazje sukni. Znawcy tacy jak Ms Nelly są w stanie wypatrzeć dobre odwzorowania portretów z epoki i wskazać te ubraniowe potworki; dla laika smutno wyglądają tylko te nieliczne niezsocjalizowane jednostki, które przyszły w zwykłych wieczorowych strojach. Moim zdaniem jeśli bal jest już określany jako historyczny, to warto podjąć ten minimalny wysiłek i nawet jeśli na co dzień nie odtwarza się historii, wypożyczyć na jeden wieczór strój, a w przypadku braku problemów ekonomicznych skorzystać z szycia na miarę. Jest tyle zdolnych krawcowych i krawców, że aż żal nie korzystać z ich umiejętności!

Natasza nie zatańczyła poloneza...
"Wojna i pokój" BBC
A jak wyglądało zaproszenie do tańca, kiedy już wreszcie można było wyjść na środek sali? Tołstoj i to zaobserwował:(...)Po raz pierwszy wyobraziła sobie żywo wszystko, co ją oczekuje tam, na balu, w oświetlonych salach – muzyka, kwiaty, tańce, monarcha, wszystka świetna młodzież petersburska. Wszystko, co ją czekało, było tak piękne, aż nie wierzyła w to, że tak będzie: tak to było niewspółmierne z wrażeniem zimna, ciasnoty i mroku karety.(...) W sali stali goście, tłocząc się przy drzwiach wejściowych w oczekiwaniu monarchy. Hrabina ulokowała się w pierwszych szeregach tej ciżby. Natasza słyszała i czuła, że kilka głosów pytało o nią, że na nią patrzano. Zrozumiała, że podobała się tym, którzy zwrócili na nią uwagę, i to spostrzeżenie uspokoiło ją nieco. „Są takie same jak my, są też i brzydsze od nas” – pomyślała. Perońska wymieniała hrabinie najważniejsze osobistości, będące na balu.(...) Nagle wszystko się poruszyło, tłum zaszemrał, poruszył się, znów się rozstąpił i między dwoma powstałymi szeregami wszedł monarcha przy dźwiękach muzyki. Za nim szli gospodarz i gospodyni. Monarcha szedł szybko, kłaniał się na prawo i na lewo, jakby chciał czym prędzej pozbyć się tej pierwszej chwili powitania. Muzykanci grali poloneza, znanego wówczas ze słów na jego cześć. (...) Jakiś młody człowiek, bardzo zaaferowany, napierał na panie i prosił, by się odsunęły. Niektóre panie – z twarzami wyrażającymi całkowite zapomnienie wszystkich konwenansów światowych – parły ku przodowi niszcząc sobie toalety. Mężczyźni jęli podchodzić do dam i ustawiać się w pary do poloneza.Większość pań miała już kawalerów i ruszały lub były gotowe ruszyć do poloneza. Natasza czuła, że wraz z matką i Sonią pozostaje w mniejszej liczbie pań, odsuniętych do ściany i nie zaproszonych do poloneza. Stała opuściwszy swe szczuplutkie ręce, ledwie zarysowana pierś unosiła się miarowo: wstrzymywała oddech i patrzyła przed siebie błyszczącymi, przestraszonymi oczami, z wyrazem gotowości na największą radość lub na największe zmartwienie. Nie zajmował jej ani monarcha, ani interesowały ważne osobistości, które wskazywała Perońska. Miała tylko jedną myśl: „Czy naprawdę nikt nie podejdzie do mnie, czy naprawdę nie będę tańczyła wśród pierwszych, czy naprawdę nie zauważą mnie ci wszyscy mężczyźni, którzy obecnie zdają się mnie nie widzieć, a jeśli nawet patrzą na mnie, to patrzą z taką miną, jak gdyby mówili: «Ach, to nie ona, więc nie ma co patrzeć.» Nie, to niemożliwe! – myślała. – Przecie powinni wiedzieć, jaką mam ochotę tańczyć, jak wspaniale tańczę, jak im będzie wesoło tańczyć ze mną.”


Comical Fellow w trybie "Stefan"
fot. Piotr Żurek
Życie niestety to nie jest powieść, w której we właściwym momencie zjawi się książę Bołkoński, pan Knightley, pastor Henry Tilney czy inny książę z bajki. W każdym razie - nie zawsze, a nawet nader rzadko. Wobec tego, że żaden pan nie chce ze mną zatańczyć, uruchamiam tryb "Stefan" i sama zapraszam do tańca znajome z Krynoliny. Oczywiście, tańczy się z nimi bardzo przyjemnie, w tańcu też można wymienić ukłony i uśmiechy z sąsiadami w męskiej linii kontredansa, ale gdzieś w głębi serca jest zadra - to tylko taniec, nie deklaracja na całe życie, a jednak nikt mnie nie poprosił, pomimo że taniec to moja najmocniejsza strona. Z tego powodu odpuszczam więc tańczonego w parach walca, bo przynajmniej wtedy nie chcę być Stefanem... Za to wkurzam się nielicho, kiedy ustawiając się do tańca w korowodzie, w pewnym momencie widzę umundurowanego sąsiada, który woła swojego kolegę, aby zatańczył z moją partnerką! A ja niby co mam zrobić?! Odmeldować się? Prostak!
fot. Piotr Żurek
Tańce balowe to w ogóle osobna sprawa, ale mój odbiór jest przede wszystkim związany z moim skrzywieniem tanecznym. Potrzebuję tańców "organicznie", jak działki narkotyku. Nie przepadam za podpieraniem ściany w czasie imprez; jeśli sama właśnie nie tańczę, to uczę tańca. Otóż w Warszawie tańców dla ludności było mało, za mało żeby obdzielić nawet znajome z Krynoliny. I trzeba się ich było dłuuuugo uczyć, a tańczyło się zaledwie przez 2-3 minuty. Krótka ta przyjemność... Ela z Fontanny jakoś ratowała sytuację, pokazując sety do Quadrille de Lanciers i dając nadzieję na przyszłe zabawy. Alicja przytulała, kojąc ból i wściekłość. Ale widząc rozpromienione twarze znajomych nie dało się nie uśmiechnąć i pomyśleć, że tańce to jednak łagodzą obyczaje i sprawiają ludziom pierwotną wręcz przyjemność.

Pierwszy bal Catherine
Northanger Abbey 2007
Gdybym miała porównać swoje wspomnienia balowe do takich książkowych, wybrałabym opis debiutu Catherine Morland z "Opactwa Northanger": Wreszcie nadszedł upragniony wieczór debiutu w salach asamblowych. Jej włosami zajęła się najlepsza fryzjerka, suknia została wybrana z największą troską i wkrótce pani Allen i jej pokojówka zgodnie orzekły, że panna Morland wygląda dokładnie tak, jak powinna. Pokrzepiona tym komplementem Catherine miała nadzieję, że uda jej się przynajmniej uniknąć krytycznych spojrzeń pozostałych gości (...) Pani Allen tak długo się stroiła, że w efekcie spóźniły się na bal. Sezon balowy był w pełni, sale asamblowe zatłoczone, obie damy musiały się więc dosłownie przeciskać między gośćmi. Pan Allen dyskretnie oddalił się do sali karcianej, zostawiając swe towarzyszki na pastwę tłumu, jego małżonka zaś bardziej troszczyła się o nowa suknię niż o podopieczną (...)Ze zdumieniem stwierdziła, że w głębi sali wcale nie było luźniej (...) tymczasem, chociaż przedostały się do środka, w dalszym ciągu nie widziały nic poza piórami we fryzurach tańczących dam. (...) Po raz pierwszy tego wieczoru poczuła, że jest na balu. Pragnęła zatańczyć, ale niestety nie znała nikogo. Pani Allen robiła wszystko co w jej mocy, czyli od czasu do czasu wzdychała (...)Catherine ogarnęło coś w rodzaju rozczarowania: poczuła się zmęczona tłokiem (...) Nie znała nikogo i nie mogła ulżyć sobie, zamieniając choć parę słów z kimś z towarzyszy niedoli. (...)Po pewnym czasie jeden z sąsiadów zaproponował im herbatę, co przyjęły z wdzięcznością i co pozwoliło na króciutka wymianę zdań. Niestety przez resztę wieczoru nikt więcej się do nich nie odezwał. Gdy skończyły się tańce, zjawił się pan Allen: - I cóż panno Morland? - zagadnął. - Mam nadzieję, że bal się udał? - O tak-odparła Catherine, z trudem powstrzymując ziewnięcie. (...) Tłum zaczął się rozchodzić (...)Nadeszła więc pora, by nasza bohaterka (...) została zauważona i wzbudziła podziw (...) Nikt jednak nie oniemiał z zachwytu na jej widok, po sali nie przeszedł pełen zaciekawienia szmer, nikt też ani razu nie nazwał jej boginią. A przecież Catherine wyglądała naprawdę ładnie (...) A jednak ktoś na nią spojrzał (...), bo osobiście usłyszała, jak dwaj nieznajomi dżentelmeni stwierdzili, że jest ładna panną. Słowa te natychmiast odniosły właściwy efekt: (...)Catherine od razu uznała, że był to całkiem przyjemny wieczór. Wróciła więc bardzo życzliwie nastawiona do całego świata i bardzo zadowolona z pierwszego publicznego występu.


Pani Antonina
fot. Piotr Żurek
I na koniec perełka, najjaśniejszy punkt całego balu, odpowiednik niewyszukanego komplementu dla panny Morland - po północy do fortepianu usiadła pani Antonina i zaczęła z pamięci grać walce, polki i tango. Na parkiet wyległy dojrzałe pary i można było podziwiać prawdziwą maestrię w tańcach i kindersztubę panów z wcześniejszą datą urodzenia. Nogi same rwały się do tańca i co rusz porywałam znajome do szalonej polki, fruwając po całej sali. Oj, przydałoby się więcej takich ludzi!

A na sam koniec wszystkich "balowych nieszczęść" po powrocie na melinę okazuje się, że kuchnia jest już nieczynna i nie można sobie zrobić herbaty, aby rozgrzać się po bardzo orzeźwiającym marszu w zimowej aurze. Zasypiam zmarznięta, otulona w bury polar, a rano na tyle źle oceniam odległość dzielącą mnie od dworca autobusowego, że spóźniam się na zamówiony rejs, jadę na gapę na Dworzec Centralny i z uczuciem ulgi lokuję się wreszcie w pociągu, zamawiając tą wytęsknioną herbatę. Im bliżej Krakowa, tym bardziej mi się twarz rozjaśnia. Po powrocie stukam się jednak w głowę, krytycznie oceniając moje histeryczne podejście do sprawy: otóż dowiaduję się, że 21-letnia znajoma cierpi na nowotwór i nie bardzo wiadomo jak ją leczyć. Ta dziewczyna powinna studiować, bawić się, chodzić jeśli nie na bale, to przynajmniej na domówki czy coś takiego. Moje "problemy" to nie są problemy, a rozminięcie się oczekiwań z rzeczywistością nie jest powodem do wpadania w rozpacz. Po warszawskim balu mam taki niedosyt - może dało się poznać więcej ludzi, może trzeba było być odważniejszym? Chętnie Was jeszcze poznam, drodzy nieznajomi!

6 komentarzy:

  1. Tryb "Stefan" jest chyba jedynym słusznym w takich sytuacjach :D
    Mi również przyszło na myśl porównanie tego balu do pierwszego balu Katarzyny Morland w Bath.
    Bardzo się cieszę, że mogłam Ciebie poznać, a jak powiedziałaś, nasza melina, sprzyja kontaktom :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! W ogóle Krynolina uratowała ten wieczór.

      Usuń
    2. A ja dziękuję za wymienienie w blogu! Jak miło, że mnie zapamiętałaś! :P
      Ja się dobrze bawiłam, chociaż przyznam, że miałam wrażenie, że ciągle gdzieś chodziłam :P No, ale ja nie przepadam za tańcami, więc wolę zawsze podpierać ściany.

      Usuń
    3. Loano, obok Ciebie nie da się przejść obojętnie :)

      Usuń
  2. Jak byłam pierwszy raz na Balu Arsenału trzy lata temu, też czułam się trochę jak panna Morland - bo byłam tam sama, samiuteńka i na całej sali nie znałam zupełnie nikogo (innych dziewczyn z Krynoliny wtedy nie było)! Podobnie było też w zeszłym roku w Brukseli, gdzie oprócz dwóch dziewczyn z Krynoliny nie znałam nikogo i musiałyśmy prosić organizatorkę balu o zapoznanie nas z towarzystwem. I w obu przypadkach był problem z tańcem (to uczucie, gdy wszyscy tańczą, a Ty, mimo iż też chcesz, jednak zostajesz pod ścianą znam z obu bali bardzo dobrze ;) ) i z asymilacją z otoczeniem, ale taki już jest chyba urok pierwszych bali w całkiem nowym środowisku. Ja się nie zraziłam i teraz za każdym razem jest coraz lepiej. Mam nadzieję, że i u Ciebie tak będzie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam, jak opowiadałaś o tym pierwszym warszawskim balu. Przyznam, ze na razie nie marzę o przyszłorocznej edycji, bo mam wrażenie, że lepiej byłoby poznać członków Arsenału na imprezach plenerowych, ale cóż, życie bywa nieprzewidywalne, więc kto wie :)?

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...