Strój opolski na bal


Tegoroczny bal polsko-szkocki pozwalał na prawie swobodny wybór kostiumu - od historycznych po szkockie i polskie, a wśród nich zarówno na szlacheckie "narodowe", jak i na stroje regionalne. A kiedy kobiecie daje się zbyt duży wybór, dalej nie wie, co ma na siebie włożyć. Nie szyłam ostatnio nic historycznego, tym razem odpuściłam też strój szkocki, bo  nosiłam go już wielokrotnie, a polski temat jest jednak czymś nowym i oryginalnym, szybko się nie powtórzy. Zrobiłam spore (jak na mnie) rozpoznanie tematu i już przynajmniej wiem, że ten polski strój narodowy nie musi się sprowadzać tylko do kontusika obszytego futerkiem. Bardzo mi się podobają projekty sukien z lat 40 XIX wieku, stylizowane na polskie, ale czuję, że strój szlachecki to nadal nie to. Nie jestem arystokratką, zatem wybór pada na strój regionalny. Mogłabym ubrać strój krakowski, bo część mojej rodziny wywodzi się z Małopolski. Jest nawet w domowym archiwum zdjęcie babci w stroju krakowskim z lat trzydziestych... w przystępie euforii miałam nawet zabrać się za wyszywanie gorsetu koralikami, żeby odwzorować ten ze zdjęcia, ale okazało się, że zdecydowanie nie mam na to czasu. Strój krakowski można też bez problemu wypożyczyć w teatrze i to był mój plan B gdyby nie udało się skombinować nic innego.

Postanowiłam jednak pójść w drugą stronę i ubrać strój regionalny z miejsca, z którego pochodzę - z Opolszczyzny, pomimo że nie mam tak naprawdę żadnych korzeni śląskich. Inspiracją jest zaś... para moich bucików do tańca, zwanych spotykankami śląskimi, czyli czarnych czółenek na niskim klockowym obcasie, które jak pamiętam są częścią stroju. Kojarzę przy tym jeszcze jeden fascynujący element, który koniecznie chcę mieć - czepek z taaaaakimi długimi wstążkami. Reszta stroju prawie mnie nie obchodzi, bo zakładam, że nie różni się znacząco od stroju z innych regionów. Przy reaserchu okazuje się, że nie muszę wyważać otwartych drzwi, na szczęście strój opolski jest ładnie opisany w bardzo przystępnej publikacji z mnóstwem kolorowych zdjęć z pleneru w skansenie opolskim w Bierkowicach, która też opisuje jak się zmieniał w XIX i XX wieku. W XIX podstawą rzeczywiście był podobny do innych haftowany gorset z długą spódnicą. Taki gorset jest poza moim zasięgiem niestety, pożyczenie stroju z teatru opolskiego byłoby ciut nieporęczne. Postanawiam więc skupić się na XX wiecznej wersji stroju, która miała sie całkiem dobrze na wsi i była wykorzystywana przez starsze kobiety jeszcze w latach 70.  


Postawą takiego stroju jest jubka/jakla, czyli rodzaj długiego, luźnego kaftanika, sięgającego aż za biodra, w wersji odświętnej szytej  z aksamitu. Pomimo, że jubka ma naszyty cały szereg guziczków, pełnią one tylko funkcję ozdobną, bo jubka zapina się od spodu w niewidoczny sposób na haftki. Do tego długa spódnica mazelonka, nie sięgająca jednak kostek (mazelonka przyszyta była do lajbika, czyli wyciętego stanika bez rękawów, który - chociaż ozdobny- był jednak schowany pod jaklą). Barwną plamą na stroju jest kolorowy fartuch w żakardowe wzory, w miarę możliwości z grubego jedwabiu. Modnym dodatkiem jest zaś większa lub mniejsza chusta okrywająca ramiona (płachta) i piękny czepek (kapica), który w niektórych okolicach zastępowała zwykła chustka. Panna może też założyć wianek, zwany na Śląsku galandą; na Śląsku Opolskim nie był on jednak tak okazały jak na Górnym Śląsku. Oczywiście miał symboliczne powiązanie z dziewictwem, ale tak naprawdę był oznaką, że dziewczyna jest dojrzała do zamęścia. Jeśli nie było dowodów przeciwnych w postaci biegającego dzieciaka, dziewczyny dumnie te wianki nosiły aż do ślubu.

W poszukiwania takiego stroju zaangażowana jest cała rodzina na Opolszczyźnie i mnóstwo sąsiadów oraz znajomych. Prawie wszyscy ludzie o śląskich korzeniach przyznają, że takie stroje w domu mieli, ale dawno je powyrzucali albo odsprzedali za psie pieniądze handlarzom, którzy skupywali stroje ludowe w latach 70 i 80. Żeby mi jakoś pomóc, cioteczka załatwia strój od pani z koła gospodyń wiejskich, okazuje się jednak, że jest to piękny, szyty na zamówienie strój... bawarski. Dirndl jest oczywiście przeuroczy, ale to jednak nie jest polski strój, nie wypada się w nim pojawić na balu polskim. Wreszcie okazuje sie, że jedna z sąsiadek zachowała oryginalny strój swojej mamy. Strój z czarnego aksamitu jest naprawdę w świetnej kondycji, trzeba było go tylko wywietrzyć z naftaliny. Pomimo obaw, spódnica w talii i jubka w ramionach pasuje idealnie; nie wiem tylko dlaczego jubka jest tak obszerna w okolicach pasa. Jubka nowomodnie zapina się na zatrzaski. Najmniej mnie przekonuje żakardowy fartuch, nie jest w moim stylu, ale bez niego strój wiele traci i robi się bardzo ponury. Ha, nie ma rady, trzeba go ubrać. Strój uzupełniają białe pończochy i czarne spotykanki śląskie. 

Ok, nie jest idealnie - szeroka w dolnej części jubka sprawia, że moje biodra są mocno zaakcentowane i wyglądam jak kopka siana, w dodatku cały strój "ciągnie do ziemi".  Chciałabym mieć jeszcze falbaniastą halkę pod spódnicę, aby nadać jej objętość i pozór   "krynoliny", jak to najczęściej widać na pocztówkach przedstawiających strój opolski. Spódnica (zwykła, bez lajbika) jest trochę krótsza niż na starych zdjęciach; może i dobrze, bo jakby mi przecięło łydkę w najgrubszym miejscu, to już w ogóle wyglądałabym jak bałwanek. Pomimo moich obaw strój jest jednak bardzo wygodny - przede wszystkim nie wymaga ściskania się w pasie gorsetem, jego waga nie daje się we znaki, a obszerny krój sprawia, że pomimo iż jest w całości z aksamitu, nie pocę się w nim nawet na zatłoczonej sali przy najbardziej szalonych tańcach. Czarny kolor sprawia niestety, że przypominam prawdziwą opolską matronę i wyglądam na najstarszą uczestniczkę balu. Cóż, to jest strój dojrzałej kobiety, należący w dodatku do wdowy.
Ale popatrzmy na to inaczej - strój opolski ukształtował się w czasie, gdy smukła sylwetka nie była ideałem kobiecego piękna. Rozłożyste, zaakcentowane biodra miały gwarantować, że kobieta jest gotowa urodzić dziecko. Ciężka praca na wsi przed wojną wymuszała dbanie o dobrze zbudowaną sylwetkę, umięśnioną, ale też i trochę otłuszczoną - kolejny trik który sugerował, że kobieta podoła fizycznie obowiązkom gospodyni. A ciemne kolory po prostu były w modzie, nawet panny szyły jubki z ciemnych aksamitów i pilnowały skrzętnie, aby kolor nie wypłowiał na słońcu (po niedzielnej mszy więc czym prędzej chowały się w cieniu domów, aby odświętny strój mógł służyć jak najdłużej). Poza tym jubka i spódnica w czarnym kolorze był uwaga!- strojem ślubnym! Zakładano do tego jedynie białą lub kremową chustę na ramiona, ale bez welonu! Oczywiście później weszły w użycie typowe białe kiecki ślubne, ale taki czarny strój w roli sukni ślubnej to bardzo ciekawa tradycja!
Jeszcze krótko o przybraniu głowy - czepka niestety nie udało się wypożyczyć, a wolałam nie szyć sama, bo nie wiedziałam, jak dokładnie powinien być skrojony. Czepek jak czepek, ale te wstążki! Co ciekawe, czepiec przysługiwał nie tylko mężatkom, panny również mogły go zakładać, ale istniały niepisane reguły, które pozwalały odróżnić kobiety zamężne: panny nosiły czepeczki mniejsze, odsłaniające uszy, a wielkie wstążki były zawiązane z tyłu czepka w okazałą kokardę. Mężatki zakładały czepki wieksze, bogato zdobione, a kolorowe wstążki nosiły luźno puszczone wzdłuż twarzy, spadały im aż na piersi. Jako nie-mężatce przysługuje mi jeszcze wianek,  ponieważ jednak nie mam już 18 lat, kumple śmieją się, bo wianek kojarzy im się bardzo jednoznacznie  (a tak naprawde przymierzam pożyczony wianek i nie wyglądam w nim zbyt korzystnie), postanawiam uzupełnić strój typową fryzurą w tzw. ścieżkę (czyli z przedziałkiem pośrodku głowy). Do wyboru są dwie opcje wykończenia: warkocze luźno puszczone lub upięte z tyłu głowy. Dwa warkocze z włosów rozdzielonych pośrodku głowy nazywało się fryzurą polską, według mnie byłaby świetna do wianka. Rezygnuję z niej więc i upinam warkocz w kok nisko na karku w tzw. fryzurę niemiecką. Żeby nie było tak smutno, wplatam w warkocz czerwoną wstążkę. Na początku wygląda nieźle, chociaż bardzo skromnie. Niestety, przypięłam warkocz za luźno i w połowie balu moja fryzura przypomina wronie gniazdo, a w przerwach nie mam nawet czasu jej poprawić.
fot. Monika Kozień.
fot. Monika Kozień
Mój strój był tylko jednym z trzech strójów regionalnych, jaki pojawił się na balu, obok stroju krakowskiego i łowickiego. Ta jego surowość była mocno zauważalna na tle innych barwnych sukien, więc czułam się świetnie! Nic się nie przydeptywało, nie miało szansy odpruć i zgubić. Nawet biżuteria nie była potrzebna! A buciki świetnie się sprawdziły podczas tańczenia mazura, gdzie było troche przytupów i trzaskania obcasami. Reasumując - warto było taki założyć! Nie udało mi się tylko zrobić osobnej sesji zdjęciowej, gdyż strój musiałam dość szybko zwrócić.

Komentarze

  1. Jestem z opolskiego i pamietam te stroje jeszcze z lat osiemdziesiatych. Pieknie opisane. Pozdrowienia
    Malgosia
    (niemiecka klawiatura przepraszam)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty