Jak pachniał renesans

Apteka wg. ilustracji w Tacuinum Sanitatis XIV w
Wiemy już, jak pachniała starożytność i średniowiecze, ale to jeszcze nie koniec historii perfumiarstwa. Przed nami nie złoty wiek wprawdzie, ale ważny etap, dzięki któremu flakonik z płynnym pachnidłem znajdziemy dzisiaj prawie na każdej damskiej toaletce. Renesans odszedł od perfum w kremie i olejków, nastąpiło przejście do znanych nam dzisiaj perfum alkoholowych. Pamiętacie, że w średniowieczu zapachy tworzono głównie dla władczyń. W okresie Odrodzenia ten luksus stał się dostępny także dla innych kobiet, które miały zasobną sakiewkę. Przy włoskich klasztorach zakładano publiczne apteki, w których każdy mógł zakupić lekarstwa, ale też kosmetyki i pachnące nalewki-tynktury, których używano jako perfum.

Perfumiarskie nowości

Niezbyt częsty w renesansie widok- dama w kapieli
Diana de Poitiers Francois Clouet 1571 r. 
Musimy mieć świadomość, że w przeciwieństwie do średniowiecza w XVI wieku na wodę patrzono podejrzliwie, twierdząc, że jest przyczyną licznych chorób, drastycznie więc ograniczano mycie się. Nieliczne damy korzystały z dobrodziejstw częstych kąpieli (takim wyjątkiem była królewska metresa Diana de Poitiers, która w dodatku wrzucała do wody lód, aby jej skóra zahartowana zimnem pozostawała młoda i jędrna). Perfumy na pewno przydawały się do maskowania odoru nie mytych ciał. Delikatne ziołowe zapachy przestawały wystarczać do takiego celu - konieczne było sięgnięcie po substancje zwierzęce o bardzo silnym aromacie np. piżmo, ambra, cywet, a także jaśmin i żywice: styraks, benzoes i labdanum.

Bryłka ambry
Ambra jest szarą lub żółtawą wydzieliną z przewodu pokarmowego kaszalota, zbieraną z wody na wielorybich żerowiskach lub na brzegach morza. Kto więc znalazł bryłkę ambry wielkości pięści albo ludzkiej głowy, stawał się bogatym człowiekiem. Z czasem zaczęto specjalnie polować na kaszaloty aby pozyskać nie tylko tran i fiszbiny, ale właśnie ambrę. Obecnie kaszaloty są pod ochroną, więc i ambra jest używana prawie wyłącznie syntetyczna, lub preparowana z roślin, m.in. hibiskusa. To jednak nie jest już to samo, to tylko marny ersatz. Czysta ambra nie ma zapachu, ale w wyniku procesów oksydacji zaczyna pachnieć jak koński pot i słona woda morska. Trzeba ją dopiero wysuszyć, zrobić  z niej nalewkę alkoholową i jeszcze poczekać pół roku, aby dojrzała.

Gruczoły piżmowca
Piżmo dla odmiany jest substancją wydzielaną przez gruczoły okołoodbytnicze samca piżmowca syberyjskiego, zwanego niegdyś jeleniem piżmowym. Aby pozyskać piżmo trzeba więc było upolować jelenia, a właściwie wiele jeleni, bo od jednego samca można uzyskać zaledwie ok. 6 gramów. Uzyskana masa jest krucha i ma nieprzyjemny zapach amoniaku, podobnie jak uryna. Ale kiedy rozpuścimy ją w alkoholu i pozwolimy dojrzewać przez kilka miesięcy, uwolni się ten zmysłowy, lubiany do dzisiaj aromat, uważany za afrodyzjak, ale stosowany też jako utrwalacz perfum. Obecnie używa się raczej sztucznie wytwarzanego piżma ze względów etycznych, chociaż piżmowce też się hoduje specjalnie w celu uzyskania tej cennej substancji.

Cyweta afrykańska
Cywet/cybet jest zaś dojrzewającym kilka miesięcy ekstraktem alkoholowym z wysuszonych gruczołów okołoodbytniczych kilku zwierząt, zwanych cywetami, żyjącymi w Afryce i Indiach. Pomimo, że substancję tę można uzyskać zarówno od samców, jak i samic, a "wydajność" jest większa niż piżmowców, (od jednego osobnika można uzyskać ok. 250 g cywetu), metody pozyskania są okrutne dla zwierząt - trzymane są w ciasnych klatkach i ciągle drażnione, aby zwiększyć ilość wydzieliny gruczołowej. Problemem jest to, że cywetu nie da się uzyskać sztucznie, a cywet służy w perfumiarstwie jako utrwalacz zapachu.

Na ironię zakrawa fakt, że w czystej postaci ambra, piżmo i cywet straszliwie śmierdzą, dopiero w postaci nalewki nabierają szczególnego miłego zapachu. Jednak metody uzyskania pachnących żywic były równie inwazyjne dla środowiska, ale w renesansie nikt się tym absolutnie nie przejmował, bo składniki pachnideł przebywały długą drogę od azjatyckich producentów do francuskich, włoskich i angielskich perfumiarzy i nikt tak naprawdę nie widział, czym jest okupione uzyskanie pachnącej substancji.

Styraks
Styraks można łatwo pomylić z benzoesem, gdyż oba składniki są pachnącymi żywicami drzew z rodziny styraksowatych, ale są jednak różnice (mniej więcej tak jak w przypadku cynamonu z cynamonowca cejlońskiego i kasji z cynamonowca chińskiego). Styraks pozyskiwany jest z drzewa ambrowca wschodniego, jest gęsty, szary lub szaro-brunatny, a zapach ma podobny do nafty. Trzeba go dopiero rafinować, aby nabrał balsamicznej woni. Ładnie komponował się z ambrą, dodawał ciepła kompozycjom zapachowym z jej udziałem.

Benzoes
Z kolei benzoes pozyskiwano z ambrowca syjamskiego i sumatrzańskiego. Wyglądem nie różni się za bardzo od styraksu, jednak zapach ma słodszy. W zależności od tego, skąd pochodzi może mieć aromat balsamiczno-pudrowy (z ambrowca syjamskiego) lub słodko-karmelowy (z ambrowca sumatrzańskiego). Drzewa rosną w stanie naturalnym, a żywicę pozyskuje się przez nacięcia w korze. Bardzo często jednak nazwy "styraks" i "benzoes" stosuje się wymiennie, nie dbając za bardzo o różnice w nutach zapachowych. Benzoes i styraks można kupić jako domowe kadzidła i najczęściej nie będziemy wiedzieć, jaką żywicę naprawdę nabywamy.

Labdanum
Ale najgorzej z tych substancji wygląda labdanum, czyli lepka, czarna żywica z roślin śródziemnomorskich z gatunku czystek. Otóż w krzakach czystka chętnie pasły się kozy, a ludzie po prostu zbierali z ich sierści przyczepioną pachnącą żywicę. Później żywicę zaczęto "wyczesywać" z krzaków specjalnymi grabiami z paskami skóry zamiast zębów - smagane nimi rośliny wydzielały żywicę, która oblepiała pasy. Obecnie po prostu gotuje się liście i gałązki. Zapach określa się jako słodki, balsamiczno-ambrowy ze skórzaną nutą, który również dobrze się komponuje z ambrą.

Jak przetrwać bez prania
Pranie takiej sukni to dramat. Lepiej ją uperfumować.
Portret królowej Elżbiety I Tudor
Chociaż ludzie renesansu zmieniali często bieliznę, czyli koszule, gdyż były doskonale widoczne w rozcięciach wierzchniej odzieży, to jednak tych wierzchnich sukni praktycznie się nie prało - były szyte z tak drogich materiałów, często zdobione drogimi kamieniami, perłami, a nawet kutymi złotymi ozdobami i strasznie ciężkie, więc nikt nie zaryzykowałby bodajże namoczenia ich w wodzie. Mamy zatem palącą konieczność walczenia z nieprzyjemnym zapachem ubrań. Oczywiście można było położyć do skrzyń między warstwy materiału np. suszone płatki róży albo gotować lniane koszule w wywarach z pachnących roślin. Wkrótce jednak wymyślono wody przeznaczone specjalnie do perfumowania ubrań i bielizny, ładnie nazwane "sweet waters". Przepisy były w gruncie rzeczy dość podobne - bazowały na wodzie różanej, w której macerowano kwiaty lawendy, jaśminu, goździki, cynamon, kłącza irysa, drewno sandałowe, piżmo, ambrę i cywet. Ingrediencje wystarczyło zostawić w szklanym słoju na słońcu na kilka dni, odcedzić i czasem jeszcze zagotować w kąpieli wodnej. Taką miksturę rozcieńczano zwykłą wodą, skrapiając ubrania lub dodając ją do wody do prania bielizny.

W XVI wieku modne było także noszenie skórzanych rękawiczek nasączonych wonnościami. Perfumy długo się na nich utrzymywały, dłoń w rękawiczce można było łatwo zbliżyć do twarzy, odpędzając niemiły odór, a w dodatku perfumy maskowały kiepski zapach nie najlepiej wygarbowanej skóry. Ale z tymi rękawiczkami trzeba było uważać - zdarzało się, że nasączano je przy okazji trucizną i darowano niewygodnym przeciwnikom politycznym. Sposób prosty i bardzo skuteczny, nic dziwnego, że stał się jednym z ulubionych przez kobiety sposobów zabójstwa. O stosowanie takich "wygodnych rękawiczek" podejrzewano szczególnie jedną osobę...

Gwiazdy w perfumiarskim światku

Katarzyna Medycejska
W tej perfumowanej historii znów pojawia się kobieta, ktora pchnęła perfumiarstwo naprzód - wcale nie bogata, piękna i początkowo nie wpływowa. Tak naprawdę to dzięki niej mamy dzisiaj Chanel nr 5, Opium i inne francuskie perfumy. Królowa Katarzyna Medycejska znana jest z trzech rzeczy: wprowadzenia siodła do jazdy konnej "po damsku", zaszczepienia przemysłu perfumiarskiego we Francji i inspirowania rzezi protestantów w Paryżu w Nocy św. Bartłomieja. Była nawet nie bardzo dobrze urodzona - Medyceusze byli bankierską rodziną z Florencji, która stosunkowo niedawno zyskała tytuł książęcy. Pomimo, że była bratanicą dwóch papieży, w dzieciństwie ciągle grożono jej śmiercią, a w młodości nawet umieszczeniem w domu publicznym. Pochodziła z bajecznie bogatego domu, ale na długo przed wyjściem za mąż straciła majątek. Była niezbyt urodziwa, ale za to inteligentna i ambitna, a przy tym nie pozbawiona uroku osobistego. 

Przyszły Henryk II de Valois
i Katarzyna Medycejska
Pomimo to francuski król Franciszek II de Valois wybrał ją na synową, podkreślając tylko z przekąsem, że bierze "dziewczynę prawie nagą" - a zatem bez wpływów, bez majątku, bez znaczenia. Jednak z czasem król zwracał uwagę nie na jej wyłupiaste oczy, tylko na piękne nogi, które eksponowała w tym damskim siodle podczas polowań. Ta czternastoletnia wówczas księżniczka przed wyjazdem do Francji w 1533 roku dostała w ślubnym prezencie od florenckich mnichów z klasztoru Santa Maria Nouvella stworzone specjalnie dla niej perfumy o nazwie "Acqua della Regina" (Woda Królowej). Zapach spodobałby się zapewne i dzisiejszym nastolatkom - składał się z nut cytrusowych, na tle których wybijała się kalabryjska bergamotka, mięty, wrotycza balsamicznego i cynamonu. Formuła została nieco podrasowana w 1612 roku, zmieniono także nazwę na "Acqua di Santa Maria Novella", ale perfumy można do dzisiaj kupić we florenckiej Officina Profumo Farmaceutica di Santa Maria Novella.
Rene z Florencji
Katarzyna Medycejska nie była szczęśliwa w małżeństwie - musiała walczyć o pozycję na dworze królewskim z o wiele starszą o siebie kochanką męża, Dianą de Poitiers i w końcu wygrała ten damski pojedynek po śmierci Henryka II, stając się regentką w imieniu małoletniego następcy tronu. Myślę, że pomógł jej w tym jeden człowiek - Renato il Fiorentino, zwany też Rene z Florencji, osobisty perfumiarz królowej, którego sprowadziła ze swojej ojczyzny. Ponoć jego laboratorium, w którym powstawały nie tylko perfumy, ale także kosmetyki i - jak plotkowano - trucizny, których królowa nie wahała się testować na swoich przeciwnikach politycznych, połączone było tajnym korytarzem bezpośrednio z apartamentami królowej, tak aby nikt nie mógł wykraść bezcennych formuł, przeznaczonych dla władczyni. Oczywiście nadworny perfumiarz produkował też perfumy dla dam dworu i kręcących się przy królowej arystokratów. Faktem zaś jest, że Rene poszukiwał składników do swoich pachnideł na południu Francji, w Grasse, które mniej więcej od tego momentu zaczęło się specjalizować w hodowaniu aromatycznych roślin specjalnie dla celów perfumiarskich. Dzięki Rene Francja zaczęła wyrastać na prawdziwe centrum kosmetyczne i perfumiarskie, przyćmiewając z czasem nawet rodzimą Florencję.

Podobno formuły zapachowe stworzone dla Katarzyny Medycejskiej zachowały się i można z nich do dzisiaj skorzystać. Po jeden takich przepisów sięgnęła marka I Profumi di Firenze, która sprzedaje ją pod nazwą - a jakże by inaczej!- "Caterina de Medici". Może przepis odrobinę podrasowali, kto ich tam wie, ale firma ta chwali się, że odtworzyła jeszcze inne zapachy według szesnastowiecznych receptur, przydając im nieco współczesnego sznytu. Co według nich jednak nosiła królowa? Nuty zapachowe są nieskomplikowane - róża damasceńska (a nie francuska stulistna z Grasse), konwalia i irys florencki. Zapach reklamowany jest jako bogaty, królewski i ponadczasowy i coś w tym jest - wszystkie trzy nuty zapachowe pojawiają się do dzisiaj w najlepszych perfumach, chociaż niekoniecznie wszystkie razem. 

A skoro już przy koronowanych głowach jesteśmy, to wiemy, że w nieco bardziej słodkich woniach gustowała angielska królowa Elżbieta Wielka Tudor. Według zachowanego przepisu na jej perfumy we flakoniku powinno się znaleźć piżmo, dwa rodzaje wody różanej (w tym z róży damasceńskiej) i ... cukier, który mógł dodać kompozycji nieco karmelowego aromatu (pozyskiwany był wówczas wyłącznie z trzciny cukrowej). Recepturę zapisał dopiero w XIX wieku Charles Thompson w dziele "The Mystery and Lure of Perfume". Na bazie tej receptury powstała woda toaletowa, którą można dzisiaj kupić w sklepikach w królewskich rezydencjach w Anglii. Stylowy flakonik zaopatrzony jest w podpis królowej.

Perfumy wielozadaniowe

Szesnastowieczna
butelka na perfumy
Dość już jednak tych królewskich splendorów, poszukajmy czegoś, czego mogła używać statystyczna bogata mieszczka. Mam niezłą kandydatkę - wodę karmelitańską (eau de carmes). Istnieją dwie wersje jej powstania - jedna wskazuje, że wymyśliły ją XIV wieczne karmelitanki z opactwa Św. Justa; inna, że stworzyli ją bracia karmelitanie w klasztorze pod Paryżem w 1611 roku. Podstawą jej zawsze jest melisa, do której dodaje się inne zioła i przyprawy. Oczywiście wariacji na jej temat było mnóstwo, a i zastosowań niemało: jako perfumy, ziołowy tonik przeciwko zmarszczkom, lekarstwo na ból głowy i artretyzm, aż po środek chroniący od zarazy. Jeden z przepisów to prosta nalewka 70 % alkoholu na melisie, skórce cytrynowej, goździkach, cynamonie i gałce muszkatołowej. Wystarczyło zalać ingrediencje i zostawić na 8 dni, a następnie przecedzić. Współczesną wariację na ten temat możemy przygotować z melisy, arcydzięgla, skórki cytrynowej i gałki muszkatołowej, macerowanej w białym winie. Jeden bardzo ciekawy przepis przewiduje redestylację alkoholu z roślinami i przyprawami: liśćmi melisy, korzeniem arcydzięgla, skórką cytrynową, ziarnami kolendry, gałką muszkatołową, goździkami i cynamonem, które zalewane były alkoholem destylowanym z wina i brandy, zagotowywane w kąpieli wodnej, a następnie całość ponownie destylowano.

Podręczna aromaterapia

Pojemniczek na wonności z 1550 r.
Ale w renesansie stosowano jeszcze inny oryginalny sposób noszenia perfum w postaci pachnącej kulki przypiętej na łańcuszku do sukni. Kulkę tę zwano "pomander" (z fr. pomme d'ambre - ambrowe jabłko, czy też kuleczka ambry; nie mamy niestety dobrego polskiego odpowiednika tego słowa). Kulkę z wonnościami pakowano do ozdobnego ażurowego pojemniczka, też zwanego pomander. Sam pomysł nie był nowy, pachnące substancje noszono w ten sposób również w średniowieczu, ale mamy zachowane fantastyczne receptury z XVI wieku, pochodzące od znanych osobistości. Czy wiedzieliście, że Nostradamus oprócz mętnego przepowiadania przyszłości trudnił się też wytwarzaniem takich pachnących kuleczek?Najpierw macerował płatki różane w alkoholowym roztworze piżma, następnie mieszał je z żywicą benzoesową, ambrą i cybetem, a później formował w pastylki owinięte płatkami różanymi i suszył. Na końcu ugniatał różane pastylki z żywicą labdanum i żywicą styraksową, ambrą, piżmem, sproszkowanym korzeniem fiołka, spajając całość przy pomocy wody różanej. Zapach podobno był niezwykle trwały i bardzo przyjemny.

Księżniczka Mary Tudor,
późniejsza królowa Maria I Tudor
Niesławna królowa Mary Tudor, zwana "Krwawą Mary", która rozpoczęła rzezie dla odmiany katolików w Anglii miała również swój ulubiony rodzaj pachnącej kulki, sporządzanej nieco inaczej -  żywica bezoesowa, styraks, labdanum oraz korzeń tataraku były mielone na proszek, rozpuszczane w wodzie i gotowane. Powstała pasta była formowana w kulki, obtaczane następnie w mieszaninie sproszkowanego cynamonu, drzewa sandałowego i goździków. Na końcu kulki były wrzucane do mikstury z rozpuszczonej w alkoholu ambry, piżma i cybetu oraz ponownie ugniatane, aby połączyć składniki i uformować je ponownie w kształt kulek. Trochę to skomplikowane... W dzisiejszym świecie te receptury są niemal nie do odtworzenia w domowych warunkach - ambrę i piżmo nie pozyskuje się już w sposób naturalny od zwierząt, w perfumiarstwie stosuje się ich sztuczne odpowiedniki, które nie są tak po prostu dostępne. Dzisiaj musi nam wystarczyć pomarańcza nabita goździkami...

Komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty