Te szalone święte!

św. Małgorzata z Antiochii
Nie obchodzę Halloween, tylko celtyckie Samhain albo słowiańskie Dziady, w zależności od tego która grupa znajomych mnie zaprosi.W dzień Wszystkich Świętych zapalam świeczki na cmentarzu, ale i tak jest to dzień miłego spotkania z żyjącą rodziną. Zabawne, że w tym dniu nie myśli się w ogóle o świętym, po którym dostało się imię, ba, najczęściej okazuje się, że o swoim patronie nie wiemy nic. Kiedy byłam dzieckiem, na lekcji religii poproszono nas o przyniesienie na następne zajęcia obrazka z wizerunkiem świętego, który jest naszym patronem, mieliśmy też próbować dowiedzieć się czegoś o nim. Ponieważ były to czasy dość ubogie w publikacje, z zabawy nic nie wyszło. Naszło mnie, żeby przy okazji Wszystkich Świętych powtórzyć tą zabawę. Poczytałam sobie o świętych Małgorzatach, królowych, księżniczkach i dziewczynach z ludu. Ale interesuje mnie bardziej ludzki obraz kobiety, nie schematyczna historia z hagiografii, która opowiada tylko o klepaniu paciorków. Posłuchajcie pikantnych opowieści o szalonych  świętych. 

Panna z dobrego domu w opresji - Małgorzata Antiocheńska


Jej przygodami można byłoby obdzielić kilka pokoleń. Bo wyobraźcie sobie, że rodzony ojciec wyrzuca was z domu, kochający mężczyzna oddaje pod sąd, połyka Was smok, a na końcu giniecie okropną śmiercią w męczarniach. Ta Małgorzata urodziła się pod koniec III w n.e. w Antiochii Pizydyjskiej z Azji Mniejszej, która wówczas znajdowała się pod rzymską okupacją. Jej tato był pogańskim kapłanem, a małą córeczką zajmowała się niania, bo matka jej zmarła, kiedy Małgorzata była jeszcze niemowlakiem. Niania, która ją sama wykarmiła, w tajemnicy przed ojcem ochrzciła małą i wychowała w wierze chrześcijańskiej. Niestety ojciec w końcu się o tym dowiedział i nielicho wkurzył. Dzisiejsi rodzice zazwyczaj są w stanie przełknąć, kiedy ich dzieci zmieniają wiarę albo deklarują się jako ateiści, prawiąc co najwyżej umoralniające kazania, ale w tych czasach ojciec mógł dać córce ultimatum - albo będziesz oddawać hołd moim bogom albo wynoś się z domu.

Ruiny świątyni Zeusa w Antiochii Pizydyjskiej
No to się wyniosła i wzięła się do najprostszej, ale też najmniej płatnej roboty, zaczęła paść owce. Śliczna pastereczka zwróciła jednak uwagę rzymskiego namiestnika miasta, który próbował ją poderwać. Bez skutku, bo Małgorzata oficjalnie zadeklarowała się jako chrześcijanka i palnęła niedoszłemu amantowi małą mówkę na temat tego, że chce żyć jako dziewica poświęcona Jezusowi. Rzymianin poczuł się tak urażony, że oddał dziewczynę pod sąd, który skazał ją na więzienie za odstępstwo od religii państwowej. Aby ją złamać poddawano ją torturom, których nie powstydziliby się renesansowi inkwizytorzy polujący na czarownice - wciąż bez skutku. Ostatecznie ścięto upartą pannę w 304 roku.

Nie da się ukryć, że życie dało jej popalić. Samo to, że nie wolno jej było wyznawać religii, w której się wychowała już jest dla nas, przyzwyczajonych do swobody religijnej niepojęte, choć przecież i dzisiaj prześladowania religijne mają miejsce. Ot, byłaby tylko jedną z wielu pierwszych chrześcijanek-męczennic. Historia z zakochanym Rzymianinem też kilkukrotnie jest opisywana w stosunku do różnych świętych. Ale mi najbardziej jest szkoda tej dziewczyny dlatego, że odwrócił się od niej członek najbliższej rodziny, może jedyny, jaki jej pozostał. Pomimo tego dala radę, wytrwała przy swoich przekonaniach niezależnie od warunków zewnętrznych.

Oficjalnie ta Małgorzata jest patronką kobiet w ogóle, bezpłodnych, rodzących i pielęgniarek, ale Kościół uważa, że jako jedna z czterech wielkich męczennic jest skuteczna w każdej potrzebie. Co ciekawe, jest też czczona w kościele prawosławnym pod imieniem Marina. Jednak Małgorzata przedstawiana jest w malarstwie głównie jako smokobójczyni. Legenda głosi, że w więzieniu przyśniło jej się, że przychodzi do niej szatan pod postacią smoka i połyka ją. Rezolutna pannica rozpruła mu brzuch trzymanym w dłoni krzyżem. Kto wie, czy z powodu tej historii nie jest moją ulubioną świętą.

Imigrantka polityczna - Małgorzata Szkocka


Pomimo, że urodziła się w luksusie jako księżniczka, od najmłodszych lat jej życie upłynęło pod znakiem ucieczki i przebywania na wygnaniu. Była córką anglosaskiego następcy tronu w XI wieku, ale jej ojciec Edward Wygnaniec zaraz po urodzeniu został wysłany z Anglii do Europy kontynentalnej w obawie przed najazdami duńskich wikingów (pod wodzą Swena Widłobrodego i Kanuta Wielkiego). Z takimi zdeklasowanymi pretendentami do tronu różnie bywa, czasem zdołają uchwycić dziejową szansę i odzyskać tron ojców, ale częściej pozostają już na zawsze odsunięci na boczny tor. Historia pokazała, że Edward należał do tych drugich, bo ocalił głowę, ale nie zdołał już panować w Anglii. Jego dzieci urodziły się na Węgrzech, wiadomo, że przebywali też w Kijowie. Kiedy Małgorzata miała 11 lat, zaprosił ich na powrót do Anglii przyrodni brat ojca, Edward Wyznawca. Niby słodko, pozwolono im mieszkać na królewskim dworze, ale o Małgorzacie nie myślano chyba poważnie jako o "księżniczce na eksport", czyli żonie dla jakiegoś przyszłego sojusznika politycznego króla. Panna miała już dwadzieścia lat, a kandydata na małżonka nie było widać.

W sennej wiosce St. Margaret's Hope wciąż pamięta się,
że przyszła królowa tutaj przybiła do brzegu
Za to wydarzyło się nowe nieszczęście: w 1066 roku Normanowie najechali na Anglię i pokonali królewskie wojska w bitwie pod Hastings. Rodzina Małgorzaty znowu musiała uciekać z Anglii, a okręt, którym podróżowali rozbił się podczas sztormu u wybrzeży Szkocji. Ówczesny szkocki król Malcolm III Canmore zaoferował im gościnę, a po czterech latach poślubił wygnaną księżniczkę. Można powiedzieć, że marzenia się spełniają, ale... czasem trzeba uważać, o czym się marzy, bo w pakiecie dostaje się nieprzewidziane "skutki uboczne". Malcolm był poganinem, sporo od niej starszym, wydaje się że był dość nieokrzesany. Księżniczkom nie wolno było jednak grymasić, po prostu ich dziejową rola było wzmacnianie sojuszy, zapewnianie siły politycznej niezależnie od cech osobistych małżonka. Malcolm był dla Małgorzaty oparciem, gdyż poślubił wygnaną pannę, bez wojska, bez znaczenia politycznego. Jedyne na co mógł liczyć, to że w przyszłości jego dzieci będą mogły wysuwać roszczenia do tronu angielskiego. Mieli ich zresztą łącznie ośmioro, a Małgorzata, co nietypowe, zajmowała się nimi osobiście.

Opactwo na wyspie Iona
Mówi się  nadal, że młoda królowa ucywilizowała Szkocję. Małgorzata doprowadziła do tego, że mąż przyjął chrzest, w całym kraju zaczęły rozkwitać klasztory i opactwa, odbudowano klasztor na wyspie Iona, podjęto działalność naukową, przeprowadzono reformy w kościele i zwołano synod, na którym uporządkowano przepisy dotyczące m.in. prawa małżeńskiego. Gospodarka i handel kwitły. Wzruszające jest to, że jeszcze zanim nastała średniowieczna moda na ostentacyjną działalność charytatywną osób królewskiego pochodzenia, Małgorzata konsekwentnie wspierała ubogich, dłużników, więźniów, sama prowadząc skromny tryb życia. Była tak przywiązana do rodziny, że kiedy jej mąż i najstarszy syn zginęli podczas oblężenia Alnwick wyczuła to jeszcze zanim dotarł do niej kurier z oficjalną wiadomością. Sama zmarła kilka dni później.

Karta z Ewangeliarza św. Małgorzaty
Małgorzata jest patronką Szkocji i wielodzietnych rodzin, ale jak dla mnie mogłaby być równie dobrze patronką uciekinierów politycznych i ekonomicznych. Ciągłe zmiany otoczenia, kultury, w której wychowała się i żyła, strach przed wojną i możliwą utratą życia. Pamiętajmy zresztą, że w XI wieku przeprowadzenie się do innego kraju nie było tak łatwe jak emigracja w ramach Unii Europejskiej, bardziej przypomina emigrację dzisiejszych Syryjczyków w obawie przed wojną. Była bariera językowa, kulturowa, religijna. Właściwie Małgorzata powinna być kanonizowana razem ze swoim mężem - ona zapewne za ochrzczenie władcy, bo za to często było się kanonizowanym w średniowieczu; on dlatego, że zaakceptował odmienność żony, zaryzykował i pozwolił na to, aby żona wzbogaciła kulturowo jego kraj. A prywatnie bardzo cenię tą Małgorzatę, że potrafiła odnaleźć się w niesprzyjających warunkach życiowych i jeszcze w dodatku urządzić to życie tak, że inni poddawali się jej woli, a nie ona dopasowywała się do oczekiwań kulturowych.

Uparta singielka Małgorzata Węgierska

Fresk  z 1318 r., namalowany
pół wieku po śmierci Małgorzaty
Można powiedzieć, że ta Małgorzata była ofiarą ambicji swoich rodziców i rodzinnych obyczajów. No, mniej więcej, bo wszystko w iście średniowiecznym stylu. Jej rodzice władali Węgrami w XIII wieku i pech chciał, że w roku jej narodzenia na kraj napadli Tatarzy. Przerażeni rodzice czym prędzej ofiarowali nienarodzoną jeszcze córeczkę na służbę Bogu i słowa dotrzymali. Mała księżniczka od mniej więcej czwartego roku życia wychowywała się w klasztorze dominikanek. Teoretycznie więc ofiara, ale... 
Z dzisiejszego punktu widzenia klasztor może wydawać się ostatnim miejscem, w którym kobieta mogłaby "zrobić karierę", jednak w średniowieczu to właśnie tam miała możliwość samorealizacji, bez oglądania się na to za kogo rodzice ja wydadzą za mąż. Przede wszystkim nauka, czytanie, pisanie, studia teologiczne, muzyka. Do tego wysoka pozycja społeczna, szacunek i podwyższona podmiotowość wobec prawa, niezależność od mężczyzn, bo klasztory były zarządzane wyłącznie przez kobiety. Alternatywą były politycznie aranżowane małżeństwa z kompletnie nieznanymi sobie książętami, niedopasowanymi wiekowo, ciągła walka o władzę u boku męża, niepewność jutra, gdyż mapa polityczna Europy zmieniała się szybciej niż pory roku.
Po Europie szalała prawdziwa "epidemia" książęcych powołań do regularnych zakonów i tercjarzy, tak że nieraz spowiednicy musieli stopować zbyt radykalnie nastawione panie. Bo trzynastowieczne księżne garnęły się do zakonów, porzucając nieraz w tym celu ślubnych małżonków lub czekając niecierpliwie na ich śmierć. Myślę, że stanie się to bardziej zrozumiałe, jeśli uświadomimy sobie, że siostrami Małgorzaty były św. Kinga i błogosławiona Jolenta, żony polskich książąt, które obie po śmierci mężów zostały klaryskami, oraz nieformalna błogosławiona Konstancja, również klaryska, a w bliskiej rodzinie były jeszcze dwie inne święte i błogosławione. Ot, taka epoka. Myślę, że można by porównać ówczesne zakonnice do dzisiejszych doskonale wykształconych singielek, niezależnych finansowo i działających  wyłącznie według własnego widzimisię, nie wahających się w razie potrzeby rozwieść z nieudanym mężem albo czekających na właściwego kandydata, nie zadowalając się byle czym.

Ruiny klasztoru w Veszprém,
gdzie Małgorzata pobierała nauki
W każdym razie Małgorzata twardo trzymała się klasztoru, złożyła pierwsze śluby i w pełni zaakceptowała narzuconą jej wolę rodziców. Pomimo przebywania za klauzurą obserwowała sytuację polityczną Węgier, biorąc w niej czynnie udział, podejmując się a to mediacji, a to starając się wpłynąć bezpośrednio na decyzję króla, modląc się w intencji pokoju, czy wreszcie prawiąc kazania osobom które według niej postępowały wbrew zasadom chrześcijańskim. I to nie było nic nadzwyczajnego, takie rzeczy tylko w średniowiecznych klasztorach żeńskich! Ale kiedy rodzice ponownie chcieli jej narzucić swoją wolę, planując wydobyć z klasztoru i wydać korzystnie za maż w celu przypieczętowania sojuszu z tym czy innym sąsiadem, szybko pokazała  pazurki. Literalnie zagroziła, że jeżeli wbrew jej woli każą jej zrzucić habit zakonny, obetnie włosy i postara się być tak brzydka jak tylko można (a była nader urodziwa podobno), aby przyszły mąż z przerażeniem odesłał ją do domu.

Ruiny klasztoru dominikanek na wyspie św. Małgorzaty
I odmawiała konsekwentnie, pomimo, że kandydatów było co najmniej kilku. Wreszcie zostawiono ją w spokoju, a rodzice wybudowali dominikankom nowy klasztor na wyspie na Dunaju u stóp Budy, zwanej dzisiaj Wyspą św. Małgorzaty. Do końca krótkiego, bo zaledwie dwudziestoośmioletniego życia pozostała w zakonie, starając się nie wykorzystywać swojej książęcej pozycji, wykonując najcięższe i najmniej lubiane przez siostry prace gospodarskie. Na dodatek starała się dużo modlić i uprawiać niezrozumiałe już dzisiaj praktyki pokutne typu noszenie włosiennicy i kamyków w butach, biczowanie czy spanie na gołej ziemi z kamieniem pod głową. Na szczęście siostry i osoby trzecie podziwiały ją jednak przede wszystkim za głęboką religijność, a nie za ascetyczne praktyki, podejrzewając, że są czynione przez ekscentryczną księżniczkę trochę na pokaz. Legendy mówią też o odgadywaniu przez Małgorzatę cudzych myśli, przewidywaniu przyszłości, uzdrawianiu chorych przy pomocy modlitwy, ale też o ściganiu gołymi rękami gorących garnków z ognia czy noszeniu bez wysiłku ciężkich beczek z winem. No pysznie, pysznie!

Węgierska księżniczka zaimponowała mi tą niesamowitą niezależnością w sytuacji, na którą pozornie nie miała wpływu. Tupnęła  nogą i pokazała "takiego wała" tym, którzy wciąż chcieli decydować za nią o życiowej drodze. Te nieszczęsne praktyki pokutnicze wydają się dzisiaj całkowicie przesadzone, a ciągła chęć umniejszania mocno podejrzana, ale pogodziłam się z tym, że są rzeczy, na które współcześni ludzie patrzą inaczej. Oficjalnie jest druga obok św. Stefana patronką Węgier, a moim zdaniem spokojnie mogłaby być patronką singielek z wyboru.  

Królewna Śnieżka ubogich i pokutujących - Małgorzata z Kortony


Wizerunek św. Małgorzaty z końca XIII w.
Rzeczywiście jej losy przez chwilę przypominały historię Królewny Śnieżki z jednym wyjątkiem - nie była królewną, tylko wieśniaczką i to zaważyło na całym jej losie. Urodziła się w XIII w. we Włoszech i szybko straciła matkę, zaś ojciec powtórnie się ożenił. Mała Małgosia wyrastała zaś na piękną pannę, trochę jednak lekkomyślną i zuchwałą. Relacje z macochą były zaś zupełnie bajkowe - to znaczy obie panie nie znosiły się wzajemnie, a ojciec poddawał się woli małżonki. Kiedy więc tylko nadarzyła się okazja, szesnastoletnia Małgorzata uciekła z domu z młodym toskańskim szlachcicem. Przeżyli razem 9 lat, doczekali się syna.Ale Małgorzata mogłaby znaleźć zrozumienie jedynie w dzisiejszych czasach, bo ich związek nigdy nie został sformalizowany. W XIII wieku ich sytuacja społeczna była nie do zaakceptowania. Dziewczyna nalegała, on się nie godził. Podobno się nawet kochali, ale dla chłopaka małżeństwo z chłopką byłoby niewybaczalnym mezaliansem. Po ludzku mówiąc- czekał na lepszą partnerkę.

Niegościnny dom rodzinny św. Małgorzaty w Laviano
Niestety szybko spełnił się czarny scenariusz, którego i dzisiaj boją się nieformalni towarzysze życia - po dziesięciu latach chłopak został zamordowany przez przypadkowych rabusiów, a jego rodzina pokazała Małgorzacie drzwi, nie uznając jej syna i praw do spadku, nie pozwalając zatrzymać żadnego zwyczajowego podarunku od partnera. W dodatku Małgorzata widziała zmasakrowane ciało ukochanego, przyprowadzona na miejsce zbrodni przez ulubionego psa myśliwskiego swojego pana, co nią solidnie wstrząsnęło. Z dzieckiem u boku pojawiła się w domu rodzinnym, zhańbiona i pozbawiona nadziei na przyszłość. Ale macocha znowu pokazała jej drzwi, a ojciec znów nie odezwał się słowem. Ot, koniec bajki, a żyć trzeba dalej.

Fresk z Kortony z historią Małgorzaty
Wydawało się, że Małgorzata nie ma wyboru, z takim życiorysem mogłaby zostać co najwyżej prostytutką. Ale młodej kobiecie zdecydowanie się  to nie uśmiechało, śmierć prawie-męża sprawiła, że postanowiła nie brnąc dalej, tylko odpokutować wcześniejsze grzechy. Zgłosiła się do franciszkanów w Kortonie, prosząc o przyjęcie do trzeciego zakonu św. Franciszka. Ojcowie wiedzieli, że przeżyła kilka lat w luksusie, nie bardzo wierzyli w jej nawrócenie. Usłyszała "Jesteś zbyt młoda i piękna, nie wytrwasz.". Krzywo patrzono także na syna, trzymającego się matczynej spódnicy, ale franciszkanie zgodzili się poddać ją próbie. Okres "kandydacki" trwał przez trzy lata, podczas których Małgorzata prowadziła bardzo skromy tryb życia żebraczki, została wegetarianką, regularnie pościła i modliła się. W końcu syn został uznany za dostatecznie dużego, aby samodzielnie wstąpić do klasztoru i wtedy franciszkanie pozwolili Małgorzacie przystąpić do trzeciego zakonu. 
Bazylika św. Małgorzaty w Kortonie
Małgorzata dalej żyła na ulicach Kortony, ale już ze skonkretyzowanym celem. Ubóstwo stało się zaakceptowanym wyborem, nie tylko życiową koniecznością, ale nawet z tej nicości potrafiła wydobyć coś dobrego. Wraz z innymi tercjarkami założyła szpital dla chorych, bezdomnych i uboższych niż ona oraz zakon sióstr, które miały zajmować się chorymi. Podobno też miała dar kontemplacji, prorokowania, wpadała w ekstazy. Przede wszystkim jednak zgodnie z duchem epoki nawoływała publicznie do pokuty i surowego życia, osiągając niezłe rezultaty - np. ustawiła do pionu jednego z biskupów, ludzie ściągali z całych Włoch, żeby jej posłuchać, a legenda głosi, że odwiedził ją nawet sam Dante Alighieri. Sama aż do śmierci mieszkała samotnie w ruinach kościoła św. Bazylego, pod koniec życia zupełnie go nie opuszczając jako rekluza (czyli mniszka przebywająca w całkowitym odosobnieniu). Po jej śmierci kościół został odbudowany i przemianowany  na bazylikę św. Małgorzaty. 

Oficjalnie ta Małgorzata jest patronką m.in. samotnych matek i bezdomnych, ale powinna "zająć się" jeszcze ludźmi w związkach nieformalnych. Wydaje się bardzo współczesna przez swoje losy. Dzisiaj może głęboka pokuta wydaje się być dziwaczna, ale na pewno była zgodna z duchem epoki. Podoba mi się, że nawet w tej swojej nędzy potrafiła się podzielić tym czym miała - czasem i możliwością pielęgnacji chorych. Zasługuje na szacunek to, że zajmując bardzo niską pozycję społeczną potrafiła wyrosnąć na prawdziwą osobistość, szanowaną i podziwianą zarówno przez cały naród. Nie jest tak słynna jak św. Franciszek i św. Klara, ale mówi się, że jest trzecim fundamentem franciszkańskiego zakonu.

Mediatorka w sprawach beznadziejnych -Rita (Margherita Lotti) z Cascii


Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej świętej, stwierdziłam, że to chyba jakieś nieporozumienie - cierpiętnica, która została wydana przemocą za mąż, ślubny znęcał się nad nią, ponieważ chciała iść do zakonu, wymodliła śmierć dwóch synów, a na koniec jeszcze dostała śmierdzące stygmaty, które wyobcowały ją z zakonnej społeczności, a wszystko to znosiła z anielskim uśmiechem i wciąż pokornie klepała paciorki. No po prostu propagowanie uległej postawy wobec przemocy w rodzinie! A tymczasem św. Rita to jedna z bardziej popularnych przez wiele wieków świętych, bardzo skuteczna we wstawianiu się za ludzkimi prośbami w sprawach trudnych, a nawet beznadziejnych. Na szczęście "odczarowała" ją Małgosia Bilska w bardzo porządnej biografii tej świętej "Kochaj i walcz".

Rita, czyli Małgosia żyła na przełomie XIV i XV wieku we Włoszech, targanych wówczas niekończącymi się wojnami pomiędzy stronnictwami gwelfów i gibelinów. Za zabicie stronnika rodzina zmarłego miała obowiązek się zemścić, pozbawiając życia nie tylko bezpośredniego sprawcę, ale też jak najwięcej krewnych pechowego zabójcy. Eskalacja konfliktów była więc nieunikniona i przez prawo krwawej wendety całe rodziny nie mogły latami żyć w pokoju. Ojciec Rity  działał czasem jako mediator, starając się wygasić konflikty między sąsiadami. To prawda, że mała Rita od dziecka chciała pójść do klasztoru i małżeństwo było jej nie w smak. Pochodziła jednak z wiejskiej rodziny i była jedynaczką, musiała więc pomyśleć o starzejących się rodzicach, a jako zakonnica nie byłaby w stanie się nimi zaopiekować. Rodzice nie wybrali by jej jednak damskiego boksera na męża, co to to nie.Wieści o jego wybrykach są prawdopodobnie grubo przesadzone, jednak Luigi Mancini był żołnierzem jednego ze zwalczających się stronnictw i do najłagodniejszych nie należał. Myślę, że żony zawodowych żołnierzy najlepiej byliby w stanie zrozumieć jego zachowania i charakter, ale kto słyszał w średniowieczu o posttraumatic stress disorder. W każdym razie Rita nie dążyła do konfrontacji z mężem, tylko po prostu schodziła mu z drogi, wciąż się za niego modląc.  Dwóch synów państwa Mancini kontynuując rodzinną tradycję również zaangażowało się w walkę pomiędzy stronnictwami. 

Klasztor augustianek w Cascii
Wszystko znajdowało się jednak pod kontrolą, dopóki Luigi nie został zamordowany przez przeciwników politycznych. Rita wreszcie mogła wstąpić do zakonu, ponieważ nie wiązały ją żadne obowiązki wobec nieżyjących rodziców i dorosłych synów. Ale przeorysza augustiańskiego klasztoru św. Marii Magdaleny w Cascii stanęła wobec poważnego problemu: żyjący synowie Luigiego zobowiązani byli do krwawej zemsty, w klasztorze przebywały zaś zakonnice z obu stronnictw. Pojawienie się Rity najprawdopodobniej zaburzyłoby delikatną równowagę, którą przez lata siostrom udało się wypracować. Przeorysza postawiła więc przed postulantką karkołomne zadanie doprowadzenia do wygaszenia konfliktu pomiędzy synami, a rodzina zabójcy jej męża. I Rita podjęła się tego zadania, wierząc, że z Bożą pomocą uda jej się to zrobić. Miała już przecież doświadczenie w mediacji wyniesione z domu, po drugie naprawdę intensywnie się modliła, aby spełnić życiowe marzenie. I bardzo jej zależało na tym, aby synowie nie popełnili zbrodni, choćby "uświęconej" społecznymi obyczajami tej epoki, będąc równocześnie literalnie otwartą na wszystkie możliwości, jakie jej przygotuje Bóg. Okazało się więc, że nie ma sytuacji nierozwiązywalnych - dotarła do rodziny zabójców męża, oficjalnie im przebaczyła, a w rok po śmierci męża obaj synowie zmarli na dyzenterię, co przerwało zaklęty krąg krwawej zemsty. 

Sanktuarium św. Rity w Cascii
Pani Rita mogła już w spokoju wstąpić do klasztoru, ale to nie koniec doświadczeń. Przez piętnaście lat życia zakonnego była stygmatyczką - na czole miała niegojącą się ranę wyglądająca jak po ukłuciu ciernia z korony cierniowej Jezusa. Z jednej strony coś niesamowitego, ale niestety rana okropnie cuchnęła, więc siostry wyznaczyły Ricie osobną pustelnię w obrębie klasztoru, gdzie praktycznie przez cały czas przebywała w odosobnieniu. Ale pewnego dnia przełożona zapowiedziała, że siostry pojada na pielgrzymkę do Rzymu - Rity wziąć nie chciała z uwagi na ten okropny odór z rany. No i Rita znów pertraktowała z Bogiem, bo miała straszną ochotę jechać do Rzymu. A Bóg tą swoją Małgosię musiał bardzo lubić, bo na czas pielgrzymki rana zaczęła pachnieć różami, a  po powrocie do klasztoru po staremu zaczęła cuchnąć. 

Kult św. Rity jest żywy od kilku stuleci i obecnie stał się bardzo popularny, z upodobaniem jest też propagowany w Krakowie w kościele św. Katarzyny i św.Rity na Kazimierzu. W dniu 22 maja przynosi się do niej róże (bo podobno na kilka miesięcy przed śmiercią w środku zimy Rita poprosiła o przyniesienie jej ulubionych kwiatów róży z ogrodu - i patrzcie państwo, styczniowa róża się znalazła!).,ale praktycznie codziennie można tam spotkać ludzi którzy modlą się o wszystko - chociażby o zdany egzamin czy rozwiązanie w trudnej sytuacji życiowej. I co najważniejsze - ci którzy proszą, przyznają, że jej wstawiennictwo jest bardzo skuteczne, choć trzeba czasem poświęcić coś ze swojej strefy komfortu. Kiedy przeczytałam wreszcie "odczarowaną" historię św. Rity, zachwycił mnie ten epizod z zażegnaniem konfliktu pomiędzy rodziną męża i jego zabójcy. Bo nieraz wystarczy poruszyć jeden klocek w pozornie nierozwiązywalnej sytuacji i już sprawa wygląda inaczej. Bardzo polubiłam tę drugą włoską Małgorzatkę.

Kopciuszek, który został mistyczką - Małgorzata Maria Alacoqe


Dzisiaj powszechnie znaną "gwiazdą" objawień i prekursorką masowego kultu Bożego Miłosierdzia jest s. Faustyna Kowalska. Trochę zapomnianą świętą, ale w swoim czasie równie popularną była Małgorzata Maria Alacoqe, która zainicjował kult serca Jezusowego.Pamiętacie jeszcze, jak po Pierwszej Komunii "zbieraliście" dziewięć pierwszych piątków, chodząc do spowiedzi i komunii i kolekcjonując autografy księdza na karteczce z wizerunkiem serca? To właśnie ta pani jest za to odpowiedzialna.
Żyła w Burgundii w XVII wieku i jako dziewczynka zdecydowała, że nie wyjdzie za mąż. Ojciec wcześnie umarł, więc matka oddała ją na wychowanie do szkoły klasztornej, ale mała rozchorowała się poważnie i edukacji nie ukończyła. Ale za murami klasztoru spodobało jej się na tyle, że jako nastolatka chciała zostać zakonnicą, tylko że przez długi czas na przeszkodzie stał stan zdrowia i gderliwe wujostwo, u których znalazła schronienie.O, nie bezinteresownie, musiała w zamian za dach nad głową pracować jak służąca, a wujostwo nie zawsze pozwalało jej nawet pójść do kościoła na mszę. Pozycja Małgorzaty w tym czasie przypominała historię Kopciuszka, który jest gnębiony przez macochę i wredne siostry - z tym że jedyny bal maskowy, na który wybrała się z przyjaciółką uznawała do końca życia za najgorsze, najbardziej grzeszne doświadczenie życia. Szarpała się pomiędzy normalnym pragnieniem zabawy a poczuciem, że nie zabawie powinna się poświęcać, że ktoś inny na nią czeka. Przez chwilę nawet pod wpływem matki próbowała znaleźć męża, ale powołanie zakonne przeważyło. 

Kościół i klasztor wizytek w Paray-le-Monial
Wreszcie mając dwadzieścia cztery lata wstąpiła do zakonu wizytek w Paray-le-Monial. Klasztor nie był nastawiony wyłącznie na kontemplację, oczekiwał też od zakonnic działania według skromnej reguły i prowadzenia szkół dla dziewcząt. Małgorzata w czasach gdy była w nowicjacie budziła lekkie zaniepokojenie wśród przełożonych skłonnościami do nieustannej modlitwy na tyle, że nie chciano jej dopuścić do ślubów zakonnych. Po prostu nie ten charyzmat zakonny, a poza tym w XVII wieku nie praktykowano już tak średniowiecznie radykalnych metod oddawania czci Bogu nawet w klasztorach. Tylko że Małgorzata potrzebowała tych chwil samotności z Bogiem - wiadomym jest, że od czasów nastoletnich doznawała objawień. Ostatecznie pozwolono na złożenie ślubów, ale Małgorzata nie zawsze radziła sobie z codziennością w zakonie - gdy pracowała w infirmerii wszystko leciało jej z rąk, a nawet czerpiąc wodę ze studni wybiła sobie przednie zęby, spotykała się wciąż niezrozumieniem u przełożonych i innych sióstr. Stanowczo nie jest łatwo być mistyczką, jakże łatwo pomylić ją z histeryczką! Ale w tym wszystkim czuła się szczęśliwa, utrzymując wyjątkową więź z Jezusem. Kilkukrotnie otrzymywała objawienie dotyczące kultu Serca Jezusa, obiecującego liczne łaski tym, którzy się w niego włączą.

Bazylika Sacre Coeur w Paray-le -Monial
Po tym wszystkim pozostawało jeszcze przekonać siostry, że Jezus ma konkretne oczekiwania wobec nich. Na początku nikt jej nie wierzył, nie pozwalał na "fanaberie" w postaci nowych praktyk religijnych, choć może podziwiał po cichu. Oczywiście objawienia nazywano urojeniami. Trzysta lat później s. Faustyna Kowalska będzie miała dokładnie taki sam problem. Dopiero pojawienie się nowego spowiednika, który uwierzył jej i zaczął zachęcać inne siostry do spowiedzi w pierwszy piątek miesiąca i adoracji w czwartek rozpoczęło powolny proces zmian. Nowa przełożona w końcu zezwoliła na część nowych praktyk modlitewnych. Wkrótce Małgorzata została mistrzynią nowicjatu i to dzięki jej podopiecznym kult Serca Jezusa zaczął w ogóle funkcjonować, ale dał też siostrom nową siłę do działania. Wkrótce namalowano obraz z Sercem Jezusa i wybudowano osobną kaplicę. Papież zatwierdził ten kult jako oficjalny mniej więcej sto lat po jego rozpoczęciu. I pomimo, że w ostatnich czasach został mocno przyćmiony przez kult Bożego Miłosierdzia, w gruncie rzeczy przygotował podwaliny pod jego funkcjonowanie, można powiedzieć - przetarł mu drogę. Bo w objawieniach Małgorzaty Alacoque jest też mowa o Bożym Miłosierdziu.

Fresk z epoki
Muszę przyznać, że tą świętą mam największy problem. Nie mam pociągu do samoudręczenia i nie bardzo rozumiem mistyków, więc wszelkie relacje ludzi o objawieniach ubrane w ich własne słowa, przepełnione zachwytami, zawsze wydają mi się grafomańskie i przesadzone, choć treści przekazanych przez Jezusa/Marię/innych świętych nie kwestionuję. Prawdopodobnie jeszcze nie dorosłam do tego typu religijności. O tej francuskiej Małgorzacie mogłabym powiedzieć tylko jedno "święta cierpliwość i upór maniaka". Chce iść do klasztoru - czeka cierpliwie na sprzyjające okoliczności. Siostry jej nie wierzą - czeka na odpowiedni moment i ludzi o otwartych umysłach. Ale nie odpuszcza, bo taki dostała nakaz z góry i tego się trzyma. Wszystko razem naprawdę godne podziwu.

*  *  *

I to już wszystkie Małgorzaty, o których chciałam napisać. Jak Wam się podobały? W każdym razie ja poznając ich losy nieraz zadumałam się nad tym, jak wiele punktów wspólnych można by z nimi znaleźć. Każda była na swój sposób wyjątkowa, inaczej przeżyła życie, choć wiele z nich ostatecznie wybrało drogę zakonną. Ale nie to je łączy - po prostu o każdej z nich można powiedzieć, że szła pod prąd, nie oglądając się na to, co w danej epoce wypada, do czego pchała ją warstwa społeczna, w której się urodziła, do czego zmuszały warunki życiowe. Silne charaktery, ot co! Wszystkie łączyła też bardzo głęboka religijność i to przeważnie dlatego zostawały świętymi, niezależnie od rozmaitych mniej lub bardziej ekscentrycznych praktyk pokutnych.  Ale ta przebieżka po oficjalnej hagiografii pokazała jedno - żeby dostrzec bardziej ludzki obraz świętego trzeba się trochę natrudzić, porównywać różne źródła i opisy, bo nieraz doprawdy można umrzeć z nudów czytając schematyczny żywot, okraszony "głębokimi" uwagami na temat tego, jak to dana święta się modliła. A ważne jest to, że modliła się pomimo niesprzyjających okoliczności!

Komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty