O poszukiwaniu swoich perfum

Czy wiosną też nabieracie ochoty, aby czuć się na co dzień kobietą elegancką, może jeszcze nie "jak milion dolarów", ale choćby "skromne" 300.000 ... Na wskroś przesiąkłam cytowanymi do oporu poglądami Coco Chanel, że kobieta nie używająca perfum jest kobietą bez przyszłości. Mniej mi się podoba stwierdzenie, że wzorem szykownych paryżanek jeszcze przed trzydziestką powinnam wybrać "swój" zapach i następnie używać ich non stop przez kolejnych 30 lat. Poniekąd tak było - każdy flakonik miał być tym "moim", jednak po wylaniu ostatniej kropli stwierdzałam, że ten zapach już mnie nie określa i trzeba go zmienić. Ponieważ mam ochotę na podkreślanie mojej kobiecości, czas też na nowe perfumy.
Zapraszam dzisiaj na małą podróż sentymentalną po zapachach, które były "moimi", ale nie przetrwały próby czasu - także dosłownie, bo większość z nich została już w ogóle wycofana z oferty w perfumeriach.

Fleur du Lac (EDT Coty 1942 r.)
Zaskakującym jest nawet dla mnie, że pierwsze perfumy kupiłam sobie dopiero na studniówkę, może jednak dlatego, że w latach 90 perfumy dopiero przebijały się na rynku i wyboru były (na moją kieszeń) albo oklepane zapachy Coty typu Chanson d'Eau, Exclamation czy Vanilla Fields albo jakieś "no name" rodzimej produkcji. A ja chciałam się  odciąć od mainstreamu. Te studniówkowy zapach był absolutnym niewypałem i szybko wyparłam go z pamięci, a pierwszymi moimi zapamiętanymi perfumami były Fleur du Lac. W latach 90 Coty wznowiła produkcję tych perfum, wymyślonych - bagatela - w 1942 roku! Wszystko w nich było wspaniale - i niewielka pojemność, dzięki czemu flakonik (fakt, niezbyt elegancki) mieścił się w torebce, niewygórowana cena i całkiem przyjemny zapach, który jednak rozwiał mi się w pamięci. 
 
Na pewno były zielone, świeże i nieinwazyjne, a portal Fragrantica podpowiada, że w nucie bazowej pojawiała się wanilia. Nie zdążyłam jednak nawet pomyśleć o drugiej buteleczce, bo został wycofany. Z tej samej serii niejako pochodziły też perfumy Extreme Orient, bardzo mocno waniliowe, których też nie zdążyłam zakupić. W głębi duszy wciąż tęsknię za ich słodkim zapachem i myślę, że mógł być takimi pierwszymi "imprezowymi" perfumami. Tej słodyczy chyba w dalszym ciągu szukam w wieczorowych i zimowych perfumach.

I by Ex'clama'tion (EDT Coty 1998 r.)
Za studenckich moimi długo używanymi perfumami był I by ex'cla·ma'tion, kupione pod wpływem... reklamy. Urocza dziewczyna nie została wpuszczona przez ochroniarza do ekskluzywnej restauracji za zbyt casualowy strój i dzięki odrobinie sprytu i kilku kroplom tej wody toaletowej błyskawicznie transformowała się w elegancką młodą kobietę, a przy stoliku czekał już całkiem przystojny mężczyzna. Ha! Z elegancją to te perfumy niewiele miały wspólnego - były kwiatowo-owocowe, ale zielone, lodowato zimne i dość ostre, tak że choć podobały mi się na początku, pod koniec buteleczki chciałam je jak najszybciej wykończyć. Skomponowane były jednak z nut zapachowych, które odnajdywałam później w kolejnych perfumach, m.in. maliny, czarnej porzeczki, jabłka, śliwki, melona, passiflory, tangerynki, osmantusa,  kwiatu pomarańczy, konwalii, frezji, jaśminu i róży oraz wanilii.
 
Wink  (EDT Avon 2004)
W pewnym momencie w moim otoczeniu pojawiły się koleżanki - konsultantki i zaczęła się parada próbek perfum z katalogu, ale ten wybrałam sama i nie żałowałam ani chwili, że go mam. Jak na tamten czas perfumy idealnie mnie określały - były owocowo-kwiatowe, radosne i świeże. Dzięki tej wodzie toaletowej zaczęłam pomaleńku rozróżniać nuty zapachowe i szczególnie upodobałam sobie porzeczkę i maliny, frezję i drewno sandałowe, a w składzie była jeszcze żurawina, grejpfrut, jaśmin, lotos, róża, lilia woda i jakieś tam jeszcze inne nuty drzewne. Używałam ich o każdej porze. Polubiłam także ten tęczowy flakonik, choć jego graniasty kształt nie ułatwiał używania. Jednak po zużyciu dwóch buteleczek zauważyłam, że to jednak nie będzie zapach na całe życie, po prostu przestał mnie określać, tak jakbym z niego wyrosła.

Mexx Woman (EDT Mexx 2000)
Skoro wyrosłam z  bardzo owocowych, musujących zapachów, próbowałam znaleźć coś bardziej kobiecego. Czytałam o perfumach, trochę testowałam je w perfumeriach. Mexx Woman miał być odpowiedzią na moje potrzeby - woda toaletowa pachnąca nie tylko bergamotką, cytryną, porzeczką, ale także jaśminem, konwalią, różą, a w nucie bazowej drewnem sandałowym, cedrem i bursztynem. Niby takie nuty, jakie mi się podobają, a jednak  perfumy okazały się niewypałem. Nie współgrały ze mną i pomimo obiektywnie dobrej i ładnej kompozycji (wciąż są produkowane!) nie polubiliśmy się. To były chyba pierwsze perfumy, które bez żalu oddalam innej osobie.

Freya (EDT Oriflame 2002)
Szukając w dalszym ciągu czegoś kobiecego i "dorosłego", zdecydowałam się na Freyę. Oczywiście najbardziej czarującym elementem był unikalny flakonik, choć niestety nieco oszpecony przez użycie plastiku w zatyczce, ale na mój wybór na pewno miały wpływ rozwijające się zainteresowanie odtwórstwem historycznym i... wstyd przyznać, ale znów modelka reklamująca zapach w katalogu, obdarzona wspaniałą burzą kręconych włosów. Całość przekazu obiecywała wolność i pewność siebie. Mimo wszystko nie kupowałam w ciemno, próbka perfum pachniała na skórze bardzo obiecująco. to był udany zapach, skomponowany z cytrusów, nut morskich i zielonych, dzikich kwiatów, konwalii, róży, imbiru, paczuli, cedru i drzewa sandałowego. Ostatecznie jednak nie został "moim" zapachem, także dlatego, że używała go współlokatorka, ale wciąż przeszkadzało mi w nim kilka nut, myślę, że to mógł być imbir albo paczuli.  Przypuszczam, że byłam też za smarkata na ten zapach, możliwe że był komponowany z myślą o nieco starszej kobiecie. Ciekawe, czy dzisiaj by mi się jeszcze podobał?

I'mPerfect (EDT Avon 2004)
Skoro nie wyszły mi poszukiwania zapachu bardziej kobiecego, zaszalałam i zaczęłam używać zapachu uniseks. W zamyśle miał być to zapach męski, ale gdy przypadkiem powąchałam I'mPerfect, uznałam, że będzie to świetny zapach do pracy, podkreślający pewne cenione w moim zawodzie "męskie" cechy. Bardzo zabawnie było mówić, że używam właściwie męskiego zapachu, można było przekornie spierać się na temat mojej "chłopczycowatości".  To było bardzo udane połączenie cytrusów i białej herbaty, w nutach bazowych pojawiały się nuty drzewne. Bardzo młodzieńczy, radosny, energetyczny. Do tego zabawny, krzywy flakonik. Poprzestałam jednak na jednej, aż 100 ml buteleczce - zapach tak bardzo zaczął mi się kojarzyć z miejscem pracy (nieszczególnie przyjemnym, jak można się domyślić), że zmieniając robotę, nie zabrałam ze sobą tego zapachu, aby uwolnić się od wspomnień. Wciąż podchodzę jednak do niego z sentymentem i w pełni uznaję, że był "mój", choćby przez krótką chwilę.

Fraicheur Vegetale Verveine (EDC Yves Rocher 2003)

Nie samą jednak pracą człowiek żyje,  a dopóki jesteśmy młodzi mamy jeszcze czas i ochotę na hobby.  Moim jest taniec i potrzebowałam też lekkiego, niezobowiązującego zapachu dla odświeżenia się po wyczerpującym treningu, aby dobrnąć jakoś do prysznica w domu. Wybrałam więc wodę odświeżającą o zapachu werbeny, ale wśród nut zapachowych znalazła się także cytryna, wiciokrzew i piżmo. Co ciekawe, zapach był określany jako uniseks. Był świetny na lato, lekki i odświeżający. Jako zapach użytkowo-sportowy sprawdzał się idealnie. Jednak ostatecznie zrezygnowałam nawet z niego - była to właściwie woda kolońska, nie typowe perfumy. Były zbyt mało skomplikowane, żeby nosić je jako trwały, ponadczasowy i kobiecy zapach.


Comme une evidence (EDP Yves Rocher 2003)
W końcu podjęłam kolejną próbę znalezienia perfum odpowiednio "dorosłych" i kobiecych, trochę bardziej szykownych niż do tej pory. Znów czytałam, szukałam i wąchałam. Pod wpływem opisów zdecydowałam się na szyprowo - kwiatowe Comme une Evidence. Bardzo udana kompozycja rabarbaru, liści fiołka, konwalii, róży, paczuli, piżma i mchu dębowego. Pachniała nieźle, zbierałam komplementy za ładny zapach i cieszyłam się z posiadania takiego eleganckiego, współczesnego flakonika. A jednak zawsze mnie w nich denerwowała jedna nuta zapachowa, dzięki której uważałam, że zapach nie w pełni mnie określa. Dzisiaj myślę, że mogła to być paczula, jak we Freyi. Pożegnałam się więc z tymi perfumami, choć nie wykluczam, że się ponownie kiedyś spotkamy.


Halle (Halle Berry/ Coty 2009)
O tych perfumach zadecydował przypadek, bo z zasady nie jestem zwolenniczką kupowania perfum celebryckich (na dobrą sprawę nie wiedziałam nawet w czymże ta Halle Berry jako aktorka zagrała - ot, luki w wykształceniu filmoznawczym). Dostałam jednak kiedyś w prezencie dezodorant tej marki i po początkowych oporach, związanych z ogromną słodyczą  tych perfum, zakupiłam w końcu własny flakonik wody toaletowej. Bardzo, bardzo się polubiłyśmy, chociaż po drodze nam było w zimie, a w lecie tylko w minimalnych ilościach albo w zimne dni. Używałam ich zawsze wtedy, kiedy chciałam się wewnętrznie ogrzać, znaleźć punkt oparcia w trudnym dniu, trochę przytulności w niesprzyjających warunkach. Perfumy są określane jako orientalno-drzewne, chociaż wydawało mi się, że składają się głównie z karmelu i może jeszcze gruszki.  A tymczasem w nucie głowy mamy liść figi, bergamotkę i kwiat gruszy; w nucie serca  mimozę, hibiskus i frezję; a jako baza piżmo kaszmirowe, drzewo sandałowe, ambrę, drewno z morza i olibanum.I pewnie zostałyby ze mną na dłużej, gdyby nie to, że zaprzestano ich produkcji.

Pani Walewska Sweet Romance (EDT Miraculum 2015)
Te perfumy kupiłam sobie w nagrodę za zdany egzamin. Wybrałam je z ciekawości, bo wcześniej miałam w domu perfumy  Pani Walewska White i Noir (które nie do końca mnie określały), a Sweet Romance miałam okazję przelotnie powąchać i spodobały mi się. Są to perfumy kwiatowo - owocowe, oparte na nucie mandarynki, pomarańczy, grejpfruta i gruszki;  w nucie serca wybrzmiewają orchidea, jaśmin i brzoskwinia; a jako bazę mamy drzewo sandałowe, bób tonka, wanilię i migdał. Pachną pięknie, uroczo, delikatnie i na pewno są ciekawszym zapachem niż niejeden popularny lekki i słodki zapach w podobnej cenie. Dobry na wczesną wiosnę, mam wrażenie, że to właśnie niższe temperatury ujawniają jego potencjał i deszcz! Wiosenny deszcz, niezbyt ciepły! Do tego ten oldskulowy, ale wciąż fajny flakonik. Mam jednak wrażenie, że na mnie ten zapach w ogóle się nie trzyma, chociaż nadgarstki wciąż pachną mi po 3-4 godzinach, bardzo jednak delikatnie, lepiej się trzyma na jedwabnej apaszce. Jednym słowem ogona nie doprawia. Nadaje się więc na dzień, używam go do pracy, aby perfumy nie zdominowały moich relacji zawodowych albo na umawiając się na kawę z przyjaciółką, aby nie wywołać zazdrości jakimś  modnym,  dobrym zapachem. Myślę jednak, że są to perfumy dla młodej dziewczyny, nawet dla nastolatki, chociaż jest bardziej kwiatowy niż owocowy. Taki jak pierwsza szkolna miłość - daje miłe wspomnienia, ale pozostaje tylko romansem.

Mam teraz ochotę na nowe perfumy, złożone, piękne i nieoczywiste. Takie które będą pasować do mojego nastroju i różnych sytuacji życiowych. Inne do pracy, inne na wieczór, w sytuacjach prywatnych i intymnych. Zapadłam na "chorobę perfumową" - mam ochotę czytać tylko o nich, przynosić do domu codziennie nowe flakoniki i... testować, testować, testować!  Nie ufać w pełni recenzjom, opisom producenta, reklamom. To wszystko są cudze wizje, nie moje. Wiem mniej więcej co mi się podoba, co nie współgra z moją skórą, ale też wreszcie jestem otwarta na nowe nuty zapachowe. Bo perfumy powinny podkreślać osobowość - zatem trzeba ją najpierw ukształtować.Taka perfumowa sentymentalna podróż uświadomiła mi, ile czasu i doświadczeń potrzeba było, aby stworzyć moje dzisiejsze "ja".

Może Wy też skusicie się na taki powrót do perfumowych korzeni? Jak Wy wybierałyście perfumy? Lubicie jeden konkretny zapach, czy zmieniacie je "co sezon"? I może zaproponujecie mi coś ciekawego do powąchania?

Komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty